
Myślę, że jednym z najdziwniejszych wydarzeń społecznych ostatnich 10 lat w USA jest powolna, ale stała zmiana politycznej lewicy jako rzekomych obrońców wolnego słowa na wrogów wolnego słowa. Poziom gimnastyki umysłowej, jaką prezentują lewicowcy, by uzasadnić swoje ataki na wolność i Pierwszą Poprawkę, jest zdumiewający.
Do tego stopnia, że zaczynam się zastanawiać, czy liberałowie i lewicowcy w ogóle kiedykolwiek mieli szacunek dla praw wynikających z Pierwszej Poprawki? A może jedyną wolnością, na której im zależało przez cały czas, była wolność oglądania pornografii...
Można dostrzec stały postęp tej wojny z mową i ideami, a jej zakończenie jest łatwe do przewidzenia:
Czy kogoś naprawdę dziwi, że administracja Bidena wprowadza Ministerstwo Prawdy w postaci Rady Zarządzającej Dezinformacją DHS?
Czy w tym momencie możemy po prostu zaakceptować fakt, że lewicowcy są źli, a ich wysiłki służą realizacji programu autorytaryzmu? Czy są jakieś dowody na to, że jest inaczej?
Zanim zajmę się tą kwestią, myślę, że warto zaznaczyć, iż męczące staje się słyszenie argumentów sugerujących, że spotkanie z lewakami "gdzieś pośrodku" jest najlepszą i najbardziej pożądaną opcją. Spotykam się z taką postawą wszędzie i myślę, że wynika ona z pewnej naiwności co do sytuacji, w jakiej znaleźliśmy się jako kraj.
Umiarkowani i "normalsi", a także ludzie tacy jak Bill Maher i Russell Brand, NAPRAWDĘ zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo lewica jest szalona i wahadło zaczyna się nieco odchylać. Ale to konserwatyści przez lata wskazywali na kult sprawiedliwości społecznej i ich drogę do piekła.
Podczas gdy wszyscy inni pozostawali w błogiej nieświadomości, my toczyliśmy bitwy, które powstrzymywały postępy lewicy. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie cieszę się z obecności na pokładzie umiarkowanych i zreformowanych liberałów - to wspaniała rzecz. Jednak czas na dyplomację i spotkania z lewicowcami w połowie drogi dawno minął.
W naszym społeczeństwie nie ma już czegoś takiego jak "centrum" - albo jesteś konserwatystą i popierasz wolność, albo jesteś lewicowcem i popierasz autorytaryzm. Nie ma magicznego i utopijnego środka pomiędzy, który musimy osiągnąć, aby wszystko było dobrze. Nie jesteśmy zobowiązani do tolerowania lewicowego autorytaryzmu z powodu "demokracji".
Czasami pewne ideologie i pewne grupy wzajemnie wykluczają się z wolnością, co oznacza, że nie mogą współistnieć w społeczeństwie, które ceni wolność.
Musimy jasno określić, gdzie są granice, ponieważ siedzenie na płocie nie jest rozwiązaniem. Idziesz środkiem drogi? Zostaniesz zgnieciony jak winogrono.
Aby zrozumieć, jak lewicowcy doszli do punktu, w którym entuzjastycznie nienawidzą prawa do wolności słowa, należy zwrócić uwagę na pewne czynniki psychologiczne i filozoficzne. Należą do nich konkretne ideały, które lewicowcy cenią, a które są niespójne lub po prostu irracjonalne:
Mowa nienawiści jest prawdziwa i musi być cenzurowana?
Po pierwsze, jak twierdzę od wielu lat, nie ma czegoś takiego jak "mowa nienawiści". Jest mowa, której niektórzy ludzie nie lubią i która ich obraża. To wszystko.
Konstytucyjnie nie ma mowy nienawiści. Ludzie mają prawo mówić dowolne obraźliwe rzeczy i wierzyć w dowolne rzeczy, jeśli tylko nie szkalują reputacji innych osób kłamstwami lub nie grożą im bezpośrednim uszkodzeniem ciała. Jeśli ktoś czuje się urażony krytyką, to jego problem.
Lewicowcy uważają coś zupełnie przeciwnego. Zamiast wyrobić sobie grubszą skórę, uważają, że "mowa nienawiści" powinna być nielegalna i że to oni powinni decydować o tym, czym jest mowa nienawiści.
Jest to rodzaj magicznych drzwi do władzy, ponieważ jeśli możesz ogłosić się arbitrem mowy nienawiści, dajesz sobie prawo do kontrolowania WSZYSTKIEGO. Oznacza to, że jako policja myśli musicie tylko nazywać wszystko, co wam się nie podoba, mową nienawiści, bez względu na to, jak bardzo jest to zgodne z faktami, i od tej pory dyktujecie kierunek rozwoju społeczeństwa.
Nikt nie jest zdolny do tego rodzaju obiektywizmu czy życzliwości. Żadna żyjąca osoba nie jest w stanie określić, jakie wypowiedzi są dopuszczalne bez uprzedzeń.
Podobnie jak Jedyny Pierścień we Władcy Pierścieni, nie ma osoby ani grupy zdolnej do sprawowania takiej władzy, która nie byłaby przez nią zepsuta. Albo nie ma mowy nienawiści, albo wszystko staje się mową nienawiści.
Prawa własności niweczą wolność słowa?
Jest to bezpośrednie odniesienie do portali społecznościowych i jest to zbytnie uproszczenie kwestii wolności słowa i dużych platform mediów społecznościowych. Oto zagadka lub, jak kto woli, "fałszywy paradygmat":
Lewicowcy opowiadają się za prawami własności prywatnej, ale tylko wtedy, gdy chodzi o wielkie korporacyjne platformy technologiczne, takie jak Twitter, Facebook, YouTube itd. Lubią prawo własności prywatnej dla firm, które uważają, że są po ich stronie politycznie; nienawidzą prawa własności prywatnej dla wszystkich innych. Wystarczy spojrzeć na ich reakcję na niedawny zakup Twittera przez Elona Muska; lewicowcy domagają się, by za wszelką cenę powstrzymać Muska, i żądają, by SEC i FCC wkroczyły, by zakłócić sprzedaż, ponieważ twierdzą, że zakup Muska jest "zagrożeniem dla demokracji".
Same media domagają się przerwania procesu przejmowania Twittera przez Muska. Niezależnie od tego, czy mu ufamy, czy nie, przejęcie platformy przez Muska przynajmniej ujawniło totalitarne nastawienie dziennikarzy głównego nurtu. Teraz przyznają oni nawet na antenie, że to oni kontrolują dyskusję publiczną, że to "ich praca", a Muska postrzegają jako zagrożenie dla tego monopolu.
Dlaczego prywatne prawa własności Elona Muska są mniej ważne lub chronione niż prawa pierwotnych udziałowców Twittera (Vangaurd, BlackRock, Morgan Stanley i książę saudyjski)? Ponieważ Musk nie twierdzi, że reprezentuje lewicowe projekty i interesy?
Lewicowcy nie mają żadnych zasad, zależy im tylko na wytworzeniu przyzwolenia. Ich metoda zwycięstwa wymaga, aby nigdy nie ograniczać się do granic wartości czy moralności. Ponownie, jest to uosobienie czystego zła.
Poza tą ironią kryje się jednak głębszy problem: interwencja rządu a prawa przedsiębiorców. Wielu ludziom wydaje się, że władza rządu ma równoważyć władzę korporacji, podczas gdy prawda jest taka, że rządy i korporacje pracują ręka w rękę; często są jednym i tym samym podmiotem.
Twitter i inne platformy Big Tech co roku otrzymują miliardy dolarów w ramach rządowych bodźców i zachęt podatkowych. Korporacje jako koncepcja są w zasadzie tworem socjalistycznym. Korzystają one z ograniczonej odpowiedzialności i osobowości prawnej oraz innych specjalnych zabezpieczeń na mocy statutu rządowego.
Przy tych wszystkich zabezpieczeniach, zachętach, dofinansowaniach i środkach stymulujących, konkurowanie z nimi jest prawie niemożliwe dla małych i nowych firm. Stanowią one monopol poprzez kartel; kontrolują rynek poprzez zmowę między sobą i zmowę z rządem.
Doskonałym tego przykładem może być koordynacja działań wielu firm z branży Big Tech w celu zniszczenia serwisu Parler, konserwatywnego konkurenta Twittera.
Wymagało to współpracy kilku największych firm na świecie oraz błogosławieństwa urzędników państwowych, aby uniemożliwić nowej firmie zaoferowanie alternatywy, a wszystko dlatego, że Parler stawał się zbyt duży.
W przypadku domu osoby prywatnej, jej małej firmy lub małej witryny internetowej, to prawda, że nie ma prawa do wolności słowa.
Mogą cię wyrzucić i nie muszą podawać powodu. Ale jeśli chodzi o ogromne konglomeraty, które otrzymują miliardy dolarów z NASZYCH podatków, aby utrzymać się przy życiu, to nie, nie zasługują one na prawo własności prywatnej.
Stały się one przedsiębiorstwami użyteczności publicznej, a to oznacza, że podlegają ograniczeniom konstytucyjnym, tak samo jak szkoły i uniwersytety publiczne.
Jest to pojęcie, którego lewicowcy po prostu nie pojmują. Uważają oni władzę korporacji za świętość... tak długo, jak długo służy ona ich interesom.
Weźmy pod uwagę globalne korporacje, takie jak Disney, i ich otwarty zamiar podważenia przyjęcia ustawy antygroomingowej na Florydzie; oznacza to głośne poparcie Disneya dla seksualizacji i indoktrynacji dzieci w szkołach Florydy.
Lewicowcy wiwatowali na tę wiadomość i twierdzili, że bez Disneya gospodarka Florydy zostanie zniszczona. Zamiast tego stan odwrócił się i odebrał Disneyowi zachęty, które oferował mu od dziesięcioleci.
Lewicowcy zareagowali, oskarżając gubernatora DeSantisa o bycie "faszystą" i atakowanie wolności słowa.
Ale spójrzmy na to z innej strony: Lewicowcy z radością poparli Disneya, potężny konglomerat, i jego wysiłki, by podważyć wolę wyborców na Florydzie.
Rząd stanowy powstrzymuje ich przed podważaniem woli wyborców, odbierając im pieniądze i specjalne zachęty, które należą do wyborców. Z kolei lewicowcy twierdzą, że jest to pogwałcenie praw Disneya?
Rozbieżność między lewicowymi argumentami na temat przejęcia Twittera przez Elona Muska a próbą sabotowania prawa Florydy przez Disneya nie mogłaby być bardziej myląca.
Jeśli chodzi o Twittera, uwielbiają oni ideę cenzury i reagują paniką na samą perspektywę wolności słowa (w granicach amerykańskiego prawa).
Jeśli chodzi o Disneya, mówią, że kochają ideę wolności słowa, a każdy, kto chce ograniczyć wpływy korporacji na Florydzie, choćby nie wiem jak zbrodniczy, jest oskarżany o faszyzm.
Różnica jest oczywista - Musk wydaje się być niekontrolowanym elementem, podczas gdy Disney jest "sojusznikiem". Wolność słowa i prawa własności są dozwolone tylko dla jednej strony kulturowego podziału. Lewicowcy atakujący wolność to wolność słowa; obrona przed tymi atakami to zagrożenie dla demokracji. To absurd.
Dezinformacja jest zagrożeniem, a rozwiązaniem jest cenzura?
Świętym Graalem cenzury nie są filtry stron internetowych i algorytmy, ponieważ - jak widzieliśmy w przypadku Twittera - platformy te mogą zostać zbudowane lub kupione przez kogoś, kto nie podziela lewicowych poglądów.
Zamiast tego ostatecznym celem jest interwencja rządu i możliwość definiowania, co jest właściwym, a co niewłaściwym sposobem dyskutowania. Ostatecznym celem autorytarystów jest zawsze zapisanie masowej cenzury w prawie, tak jakby była ona uzasadniona, gdy zostanie skodyfikowana.
Korporacyjne elity i polityczne marionetki, takie jak Biden, pontyfikaty o zagrożeniu "dezinformacją" są zabawne z wielu powodów, ale przede wszystkim dlatego, że to brokerzy władzy i media od dawna są głównymi dostarczycielami dezinformacji. I nagle dzisiaj zaczęło im zależeć na rozpowszechnianiu kłamstw?
Myślę, że to oczywiste, że tacy ludzie o wiele bardziej martwią się o rozpowszechnianie faktów, dowodów i prawdy. Nie mogą dyskutować na uczciwym gruncie, bo przegrają, więc jedynym wyjściem jest uciszenie nas.
Powołanie Rady Zarządzania Dezinformacją jest wyraźnym sygnałem, że establishment i pożyteczni idioci z politycznej lewicy są coraz bardziej zdesperowani.
Ich kontrola nad opinią publiczną jest coraz słabsza, co mogliśmy zaobserwować podczas ostatnich prób wprowadzenia w całym kraju tyranii medycznej w imię kowida.
Na szczęście konserwatyści w co najmniej 20 czerwonych stanach walczyli przeciwko wprowadzeniu blokad, nakazów i paszportów jjab, które na zawsze unicestwiłyby nasze prawa konstytucyjne.
Przez wiele lat słyszałem argument, że gdy pojawią się butni konserwatyści, nie zrobią nic, a teraz wiemy, że to nonsens.
Jednymi z niewielu wolnych miejsc na świecie w ciągu dwóch lat szerzenia pandemicznego strachu były czerwone stany Ameryki, w których przypadkowo występuje największe skupisko konserwatystów.
Jeśli chcecie wiedzieć, jak wyglądałby nasz kraj, gdyby konserwatyści nie powstrzymali fali tyranii, spójrzcie na dzisiejsze Chiny.
Obowiązują tam jedne z najsurowszych na świecie nakazów dotyczących chorób zakaźnych, a mimo to po raz kolejny zamykają miliony obywateli z powodu "wysokiego wskaźnika infekcji". Mało tego, w tym samym czasie głodzą swoich obywateli.
To szaleństwo i dokładnie to samo, za czym jeszcze kilka miesięcy temu opowiadali się lewicowcy. Stany Zjednoczone są dziś w większości otwarte, tak jak czerwone stany, takie jak mój, były wolne przez prawie cały czas trwania pandemii, i co się zmieniło? Połowa kraju jest nadal nieszczepiona - czy na ulicach masowo umierają ludzie? Nie.
Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o kowida. Mandaty nie przyniosły żadnych zmian, poza zakłóceniem gospodarki i ograniczeniem wolności ludzi.
Jeszcze niedawno wskazywanie na ten fakt było uważane za "dezinformację", którą należy uciszyć, aby "ratować życie". Historia laptopa Huntera Bidena została nazwana dezinformacją.
Historia z laboratorium w Wuhan została nazwana dezinformacją. Fakt, że Fauci prowadził badania nad szczepionką Covid w laboratorium w Wuhan, został nazwany dezinformacją. Fakt, że zaszczepieni ludzie nadal chorują i umierają z powodu Covida, został nazwany dezinformacją.
Innymi słowy, to, co dziś rząd i korporacyjni oligarchowie nazywają "dezinformacją", jutro z kolei nazywa się rzeczywistością.
Chętnie wdałbym się w uczciwą dyskusję z sekretarz prasową Białego Domu, Jen Psaki, na temat któregokolwiek z powyższych zagadnień i jej poglądów na temat tego, co stanowi "dezinformację", ale ona nigdy by tego nie zrobiła, ponieważ wie, że zostałaby zmiażdżona jak robak.
Zadaniem rządu nie jest ochrona społeczeństwa przed informacjami, prawdziwymi czy fałszywymi. Nie jest ich zadaniem filtrowanie ani cenzurowanie danych czy idei. Nie mają do tego kwalifikacji. Nikt nie ma takich kwalifikacji.
Lewicowcy kierują się mentalnością kolektywistyczną, co sprawia, że wierzą, iż społeczeństwo jest jednym organizmem, którym należy zarządzać i manipulować, aby osiągnąć pożądany rezultat.
Nie mają pojęcia o indywidualnej odpowiedzialności i rozeznaniu, ale to tylko dodatek do prawdziwego problemu. Popierają kontrolę informacji, ponieważ fakty i idee odbiegające od ich narracji mogłyby jej zaszkodzić. A jeśli narracja zostanie zniszczona, stracą poczucie władzy, na czym tak naprawdę im zależy.
Jeśli twoja narracja jest tak krucha, że nie wytrzymuje kontroli i alternatywnych punktów widzenia, to nie może być wiele warta. Jeśli musisz zmuszać ludzi lub manipulować nimi, aby wierzyli tak, jak ty wierzysz, to twoja ideologia musi być fundamentalnie wadliwa.
Prawda mówi sama za siebie i ostatecznie zwycięża bez użycia siły. Tylko kłamstwa muszą być wtłaczane do zbiorowej świadomości. Tylko kłamstwa wymagają tyranii.
W końcu rzeczywistość zwycięża nad propagandą, chyba że uda się osiągnąć całkowitą cenzurę i totalitaryzm. Nic się nie zmieniło przez ponad 200 lat, które upłynęły od stworzenia Bill of Rights.
Wolność słowa jest nadal integralną częścią funkcjonującego społeczeństwa. Bez niej społeczeństwo się rozpada. Będą twierdzić, że dziś jest inaczej i że społeczeństwo trzeba "chronić przed samym sobą". Tak zawsze mówią tyrani, którzy próbują przejąć władzę.
Większość osób czytających te słowa wie już, że to jest wojna. To nie jest debata polityczna, która wymaga ustępstw, ale konflikt na całego, w którym zwycięzca bierze wszystko. Frakcja DHS, której zadaniem jest monitorowanie naszej wypowiedzi i propagandzowanie społeczeństwa, jest nie do przyjęcia i musi zostać zlikwidowana.
Lewicowy i globalistyczny monopol na platformy komunikacyjne w mediach społecznościowych jest niedopuszczalny i musi zostać wyeliminowany. Narzucanie lewicowej i globalistycznej ideologii w narracji medialnej przy jednoczesnym cenzurowaniu wszelkich informacji przeciwnych jest niedopuszczalne i musi zostać wyeliminowane.
Chodzi o ocalenie resztek amerykańskiej kultury. Jeśli teraz nie zajmiemy agresywnego stanowiska, następne pokolenie może nigdy nie zaznać wolności. Stawką jest wszystko, co jest nam drogie.
**By Brandon Smith
**Source
Lewa noga prowadzi na manowce.
OdpowiedzUsuń