wtorek, 17 października 2017

Imperium Lechitów: Zakazana historia Polski (?)

Polacy to jeden z najstarszych narodów świata. Nie tylko stawialiśmy czoła Rzymianom, ale stworzyliśmy też starożytne imperium, którego historię cenzuruje się od wieków w ramach spisku, w którym główną rolę odgrywa Kościół. Najbardziej "hardkorowi" zwolennicy zakazanej historii Polski wierzą z kolei w pozaziemskie pochodzenie Słowian i wzmianki o Polakach w Biblii. To wcale nie żarty. Witajcie w świecie e-Sarmatów.



Imperium Lechitów: Zakazana historia Polski (?) Foto: istock

  • Teoria o Imperium Lechitów mówi o istnieniu "prapolskiego" mocarstwa, którego pierwszy władca żył w XVIII w. p.n.e. Lechia zaczęła upadać ok. IX w., gdy rozpoczęto jej chrystianizację.
  • Temat "Polski starożytnej" ma w internecie fanatycznych zwolenników, których nazywa się "turbosłowianami".
  • Historycy zaprzeczają istnieniu Lechii, twierdząc, że to mit o Sarmatach w nowej odsłonie.
W polskiej sieci narodził się jakiś czas temu oryginalny nurt, który być może stanie się kiedyś tematem rozpraw doktorskich z socjologii. Jego przedstawiciele wywyższają Polaków i innych Słowian ponad wszystkie ludy, twierdząc, że prawda o naszej najwcześniejszej historii jest zakłamywana przez Niemców i kler, który chce wymazać pamięć o Imperium Lechitów, niegdyś konkurującym z Rzymem i trzęsącym połową Starego Świata. Choć historycy nie zostawiają na nich suchej nitki, a internauci nieraz brutalnie wyśmiewają, Lechici – współcześni Sarmaci, mają się zaskakująco dobrze i w ciszy for oraz facebookowych grup "rekonstruują" (pseudo)historię Polski antycznej.
Lechia miała być starożytnym polskim mocarstwem

W 2015 r. Wydawnictwo Bellona – znane z cieszących się uznaniem książek historycznych, opublikowało dziełko samozwańczego trójmiejskiego "historyka" Janusza Bieszka, noszące dziwaczny tytuł "Słowiańscy królowie Lechii. Polska starożytna". Autor zsumował w nim dowody mające świadczyć, że Polacy są jedną z najstarszych "cywilizacji" świata i że przez tysiąclecia na ogromnych połaciach rozciągało się Imperium Lechitów – "Prapolska" rządzona przez mężnych królów nie bojących się ani Aleksandra Wielkiego, ani rzymskich legionów. Mocarstwo, rozsadzane od wewnątrz i naciskane przez Niemców oraz Kościół, zostało podstępnie schrystianizowane, co było początkiem jego końca – twierdził Bieszk, a wrogowie Polaków w ramach spisku przez kolejne stulecia zakłamywali historię, by odciąć nasz naród od lechickiej spuścizny.
Teoria o Lechii to jednak stary kotlet w nowej panierce. Opowieści o tym, jak rzymski obywatel Grakchus założył Kraków i jak Polacy-Lechici ścierali się z Macedończykami spopularyzował w swej kronice Wincenty Kadłubek (XII-XIII w.). Renesans teorii o "Rzeczpospolitej antycznej" miał miejsce w romantyzmie, kiedy znalazły one wielu głosicieli, m.in. archeologa-amatora Tadeusza Wolańskiego. Współcześnie ożywił je Bieszk i inni autorzy, na przykład piszący o tym od dawna Czesław Białczyński (choć internetowy fenomen e-Sarmatów narodził się po publikacji książki tego pierwszego).
Autor "Słowiańskich królów Lechii" zdawał sobie sprawę, że wielkie twierdzenia wymagają wielkich dowodów. Postanowił więc wydobyć z cienia mało znaną wśród czytelników "Kronikę Polską przez Prokosza w X wieku napisaną" odkrytą rzekomo w latach 20. XIX w. przez gen. Franciszka Morawskiego – polityka i literata, który miał znaleźć ją "przypadkiem" na targu w Lublinie. Okazało się, że jest to kronika starsza od Gallowej, a jej autorem mógł być pierwszy biskup krakowski Prohor (X w.), komentarzami zaś uzupełnił ją żyjący wiek później Kagnimir.
To częściowo na jej podstawie Bieszk "zrekonstruował" niezakłamany (jego zdaniem) poczet władców lechicko-polskich, z których pierwszym był żyjący ok. XVIII w. p.n.e. Sarmata. Po nim mieli rządzić królowie o dziwnie niesłowiańskich imionach jak Alan, Wandal, Heldwiryk czy Teneryk. Poczet uzupełniają takie postaci jak król Car, Lech Chytry, Posnan czy Wanda Amazonka. Drugi "święty Gral" dla bieszkowej wersji dziejów to "Poczet z Jasnej Góry" (XIX w.), na którym pojawia się m.in. Popiel oraz kilku innych legendarnych władców polańskich epoki przedchrześcijańskiej.
Swoje wnioski Bieszk poparł również "analizami" językowymi i genetycznymi. Uznał na przykład, że wiele słów zawierających rdzeń lach/lech jest śladem po Prapolakach. Z kolei haplogrupę R1a1 – w Europie występującą najczęściej wśród Serbołużyczan i Polaków, uznał za "typowo polską", mimo że jest równie rozpowszechniona wśród ludów tureckich w Azji Środkowej.
Historycy obalają mit o Lechii
"Słowiańscy królowie Lechii" spotkali się z ogromnym zainteresowaniem czytelników (powstało kilka dodruków książki). Teoria Bieszka padła na podatny grunt, a ludzie, których wiedza o Słowianach ograniczała się do legendy o Lechu, Czechu i Rusie nagle zdali sobie sprawę, o jak wielu rzeczach nie nauczono ich w szkole. Z najbardziej radykalnych miłośników teorii o Lechii narodzili się tzw. turbosłowianie/turbolechici, którzy oficjalną historię uznają za baśń dla naiwniaków. Sami siebie nazywają Lechitami lub Polachami (turbosłowianin to określenie pejoratywne). Charakteryzuje ich słowiański szowinizm i niechęć do Zachodu, antyklerykalizm oraz odporność na wszelkie argumenty historyków. Ich fora i grupy facebookowe wypełniają monotonne dyskusje o słowiańskich wedach, lechickim alfabecie, a ostatnio o rapie sławiącym wielkość dawnego imperium.
Historycy-akademicy nie podjęli walki z mitem, a ten infekował coraz więcej umysłów. Prostowaniem teorii Bieszka i spółki zajęli się internauci – historycy z wykształcenia albo zwykli pasjonaci dziejów próbujący tłumaczyć, że Lechia nie istniała, a na historię trzeba patrzeć z szerszej perspektywy. Jest to jednak zadanie niełatwe i żmudne z racji wielości wątków (choć doskonale radzi sobie z tym np. blog "Sigillum Authenticum").
Dlaczego więc – zdaniem nauki – Polski starożytnej nie było? Główny problem to źródła. Pierwsza księga Kroniki Kadłubka uzupełnia dzieje elementami legendarnymi, które były dla wykształconego na Zachodzie autora pomostem łączącym Polskę ze spuścizną antyku. Z kolei kronika Prokosza już dla XIX-wiecznych historyków pozostawała dziełem podejrzanym i niewiarygodnym (krytykował ją m.in. Joachim Lelewel, którego turbolechici nienawidzą, nazywając go niemieckim czynownikiem). Za jej prawdziwego twórcę uznaje się Przybysława Dyjamentowskiego (zm. 1774) – fałszerza dokumentów, rodowodów i dyplomów.
Jeśli zaś chodzi o teorię Bieszka, głównym jej problemem okazuje się sam autor, który nie ma zielonego pojęcia o metodologii badań historycznych, krytyce źródeł ani dziejach Słowian i naszej części Europy. Jego analizy lingwistyczne trącą absurdem, przypominając bliźniacze starania Stanisława Szukalskiego – malarza, który na podstawie "badań ze słuchu" uznał polski za przodka wszystkich języków świata. Bieszk przykładowo wywodzi nazwę Lechitów od sanskryckiego "leh", które oznaczać ma "pana" lub boga", podczas gdy w rzeczywistości jest to czasownik "lizać, chłeptać". Na tym jednak autor "Słowiańskich królów Lechii" nie poprzestaje i sięga głębiej, przekonując, że Polacy to jeden z najstarszych narodów świata i potomkowie cywilizacji Gobi (która nie istnieje nigdzie poza jego umysłem), jaka wywodziła się z kolei z zatopionego (także nieistniejącego) kontynentu Mu na Pacyfiku.
Obok wielu innych problemów, jak baśniowe wątki o królu Szczycie – synu Herkulesa i wnuku Ozyrysa, który założył Szczecin (!) jest jeszcze jedna przeszkoda nie do ominięcia przez Bieszka i jego zwolenników: władcy i obywatele potężnego Imperium Lechitów zapomnieli pozostawić po sobie jakiekolwiek ślady – zarówno w wiarygodnych źródłach, jak i pod postacią zabytków archeologicznych.
Radykalni turbosłowianie wierzą, że Polacy przybyli z kosmosu
Jak to możliwe, że w XXI w., gdy wiedza jest na wyciągnięcie ręki, ludzie wierzą bardziej blogom niż specjalistom? Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Historia Słowian i plemion polskich pełna jest tajemnic, ale jednocześnie domysłów i białych plam, np. w kwestii wierzeń czy praojczyzny Słowian – przyznają uczeni. Turbolechici oferują tymczasem gotowe scenariusze, dodając całkiem słusznie, że przez lata temat naszych korzeni był traktowany po macoszemu, a polski uczeń, potrafiący wymienić jednym tchem bogów greckich, o słowiańskich nie wie często nic.
Leszek Ostoja-Owsiany, artysta-rodzimowierca z Torunia inspirujący się motywami związanymi z mitologią i zwyczajami Słowian mówi, że pseudohistoria karmi się niewiedzą, a książki o dziejach naszych praprzodków zbyt rzadko trafiały "pod strzechy".
– O Słowianach nadal mówi się stanowczo za mało – przyznaje. – Wina leży po stronie Kościoła, który od dawna starał się wymazać z pamięci wcześniejszą wiarę, kulturę, a w zasadzie całą historię. Szkolnictwo zaś najpierw znajdowało się w rękach kleru, a potem zaborców, którym nie na rękę było kształcenie świadomych obywateli. Niestety obecna szkoła jest kontynuacją tych nurtów.
Rodzimowiercy, próbujący wskrzesić bóstwa i tradycje wykorzenione przez chrystianizację, nie patrzą przychylnie na turbosłowian.
– Obserwujemy to zjawisko z niepokojem i często niesmakiem, uznając je za działanie fałszujące historię, lekceważące dotychczasowy dorobek naukowy z różnych dziedzin i prowadzące do wypaczenia naszej tradycji i mitologii – mówi Katarzyna Nowak z kujawskiego stowarzyszenia "Żertwa", dodając, że Lechia to opowieść o naszych przodkach nie dość, że przedstawiona w krzywym zwierciadle, to dodatkowo ujęta w formie groteski.
Uświadamianie turbosłowian to jednak walka z wiatrakami, tym bardziej, że Bieszk dzięki swoim publikacjom (bo napisał też "Chrześcijańskich królów Lechii") ujawnił patologiczny trend, jakim jest utożsamianie "otwartego umysłu" z brakiem krytycznego myślenia. Wskutek tego na fali opowieści o Lechii powstało mnóstwo innych niedorzecznych publikacji i teorii, które nietrudno znaleźć w sieci.
Jedna z nich dotyczy obecności Lechitów-Polaków… w Starym Testamencie. Opiera się ona na fragmencie Księgi Sędziów, w którym mowa o miejscu zwanym Ramat-Lechi, gdzie mocarz Samson zabił przy pomocy oślej szczęki tysiąc Filistynów. Wydarzenie to dało początek nazwie, która po hebrajsku oznacza "Wzgórze Szczęki", jednak dla turbosłowian obecność "lech" wystarcza za potwierdzenie, że Polacy mieszkali w Ziemi Obiecanej. Inne teorie "hardkorowych" turbosłowian dopatrują się śladów Lechii w islamskim imieniu Boga (cytat z jednego artykułu wyjaśnia to następująco: "Allach Akbar tak naprawdę znaczy Lach Jest Wielki"), a nawet pytają "Czy Słowianie pochodzą z kosmosu?".
Gdzie i kiedy popełniono więc błąd, skoro w kraju, gdzie co krok mówi się o historii najlepiej sprzedaje się pseudohistoria? Turbosłowianizm okazuje się nęcącym mitem etnogenetycznym (o pochodzeniu nacji). Podobnym był staropolski sarmatyzm – przekonanie szlachty o pochodzeniu od stepowego ludu irańskiego. Był on podstawą unikalnej ideologii i kultury, która u schyłku I Rzeczpospolitej uległa degradacji, stając się synonimem megalomanii i ciemnoty. Historia, jak widać, zatoczyła koło i mimo upływu wieków część Polaków nadal nie potrafi wyzbyć się przekonania o swojej wyjątkowości…

Wiemy jedno i na pewno, że to zwycięscy piszą nam historię,
Podobnie jak naukowcy udowadniają te swoje nowe teorie,
Co ciekawe, obalając cudze wstawiają w to miejsce te swoje,
I kradnąc pomysły innych i to w miejsce zasłyszanych legend.

A więc co jest prawdą to nie wiem, bo archeologia też trzyma,
Nie pasujące do aktualnych pomysłów artefakty w tajemnicy.

Gdzieś dwa wieki podobno nam wcięło,
Ale czy to ważne, historia to relikt czasu.

Autor blogu

poniedziałek, 16 października 2017

Ujawnienie informacji o GCR / RV Intel Alert w dniu 14 października 2017 r





Ujawnienie informacji o GCR / RV Intel Alert w dniu 14 października 2017 r

Prezentowany wpis  ( o resecie walut )

Ujawnienie informacji https://operationdisclosure.blogspot.com/ RV / INTELIGENCJA ALERT - 14 października 2017 r. Oczekiwany dzień ogłoszenia to ...


Resetowanie ekonomiczne z Lynette Zang w dniach 7-13 października 2017 r

10-7-17: Lynette Zang (7 października 2017 r.) - Reset ekonomiczny został zaplanowany, teraz ma miejsce (około 12 - mówi o planowanej nowej walucie)https://youtu.be/pVCdAyS7gBQ? t = 1






Lynette Zang // Nie przejmuj się, Fed ma twoje plecy! 
https://youtu.be/tVT__dWA7j4?t=1




10-11-17: Lynette Zang: ALERT! Crash finansowy rozpoczął się LANGNET ZANG 
https://youtu.be/gk--Ug5m1xc?t=1



10-12-17: Lynette Zang: Lynette Zang (12 października 2017) - Jak wzrastająca fala płynie wszystkimi aktywamihttps://youtu.be/e5vPgRqW19w?t=1



10-13-17: Lynette Zang Wielkie zresetowanie nastąpi (około 5 minut mówi się o 1913, Fed, rezerwie, pieniądzu Fiat w porównaniu z pieniędzmi warte) 
https://youtu.be/U84MvXUnw-M?t=1





Szczepionka przeciw zapaleniu opon mózgowych - dlaczego nie wolno dawać jej dziecku! - dr J. Jaśkowski


Z cyklu: Przeczytaj i zapamiętaj”
„Państwo, a dokładniej mówiąc partia, frakcja partyjna, stronnictwo, sekta, człowiek, który zawiaduje nim w danej chwili - może nadać nauczaniu publicznemu kierunek, jaki mu się podoba i kształtować wedle swojej woli umysłowość poprzez sam mechanizm nadawania stopni naukowych.
Nadajcie jakiemuś człowiekowi prawo przyznawania stopni naukowych a okaże się, ze nawet pozostawiwszy wolność nauczania - szkolnictwo popadnie w istocie w uzależnienie.”
 Frederic Bastiat 1850r.
Ten akapit jest jak najbardziej prawdziwy. Proszę zauważyć, mamy na skutek przeprowadzanych reform szkolnictwa wyższego aż 23 000 ludzi z tytułami naukowymi profesorów. I co z tego wynika? Po 1989 r wybuchła prawdziwa epidemia zakładania szkół wyższych. Mamy ich już ponad 470, w tym aż 3 prywatne medyczne. Ale też mamy tylko ok. 150 patentów rocznie.
Dla porównania w latach 70. ubiegłego wieku Korea Południowa i Polska publikowały mniej więcej taką samą ilość patentów. Obecnie Korea ma ich rocznie 14 000. Już nie będę się porównywał z Niemcami, którzy mają 17 500 patentów rocznie, czy USA z liczbą ponad 50 000. Ale Niemcy mają tylko ok. 80 wyższych szkół. Czyli nie rozprasza się środków na bzdety.
W Polsce brakuje kadry naukowej do prowadzenia takiej ilości szkół wyższych. Proszę sprawdzić, jaki to dorobek naukowy mają owe prywatne szkoły i ich przedstawiciele? To tylko tytułomania. Nikt nawet nie usiłuje tego policzyć.

niedziela, 15 października 2017

1700 km na jednym ładowaniu.- elektryczny autobus, to już coś!


Autor wpisu: Lars Fosdal

Elektryczny autobus ProTerra PRZEJECHAŁ 1800km (1100 mil) na jednym ładowaniu. 
sprawdzam :


1700 km na jednym ładowaniu. Gdyby Tesla miała taki zasięg, jak ten elektryczny autobus…
NEWS/MOTORYZACJA 20.09.2017
 



TOMASZ DOMAŃSKI@TENTOMASZ90 INTERAKCJI


1772 kilometry i 21 metrów. Taki dystans pokonał elektryczny autobus firmy Proterra Inc, ustanawiając tym samym nowy rekord odległości, jaką udało się przejechać pojazdem elektrycznym, bez ładowania akumulatora. Kiedy tyle samo przejedziemy elektrycznym samochodem osobowym?

Na pewno nie w tym, ani w następnym roku. Wynik Proterry jest oczywiście imponujący, autobus to jednak nie samochód osobowy. Powiedzonko duży może więcej pasuje tu jak ulał. Wszystko tak naprawdę sprowadza się bowiem do pojemności akumulatora zasilającego elektryczny napęd. Ogniwo zamontowane w autobusie Catalyst E2 Max miało pojemność 660 kWh. Dla porównania – akumulator w Modelu S Tesli mieści w sobie 85 kWh energii.
Rekord firmy Proterra to świetny PR dla elektrycznych autobusów.

Zanim zaczniemy roztaczać wspaniałe wizje przyszłości, w której miejska i międzymiastowa komunikacja publiczna zostaną w pełni zelektryfikowane, przyjrzyjmy się jeszcze temu rekordowi. W porównaniu do autobusów z silnikami diesla, projektowanych na długodystansowe trasy, te 1772 km przestają tak bardzo imponować. Taki VDL Futura na przykład, w wersji z bakiem o pojemności 860 l potrafi przejechać ponad 3 tys. km na jednym tankowaniu.



Dodatkowo firma Proterra nie kryje się z tym, że podczas próby bicia rekordu Catalyst E2 Max nie poruszał się w normalnych warunkach. Jego prędkość podczas jazdy nie przekraczała 25 km/h, a na pokładzie nie było żadnych pasażerów. No ale dobrze, przyjmijmy, że w normalnych warunkach te 1772 km trzeba podzielić na pół. To nadal ponad 800 km zasięgu. Na tyle dużo, że międzymiastowi (i miejscy) przewoźnicy mogą zacząć powoli myśleć o wymianie swojej floty spalinowych pojazdów.

Wiąże się to niestety z wysokim kosztem początkowym. Cena elektrycznego autobusu Proterra to ok. 750 tys. dolarów. To o jakieś 30 proc. więcej, niż koszt podobnej kasy pojazdu z silnikiem spalinowym. Na szczęście ceny te zaczynają się równoważyć, jeśli uwzględnimy koszty operacyjne obu typów pojazdów. Elektryk jest oczywiście tańszy. Filozofia ta jednak nie jest na razie zbyt popularna. W zeszłym roku Proterra sprzedała zaledwie 190 sztuk swoich elektrycznych autobusów.
Zasięg to nie wszystko.



Przykładem, na który powołam się, żeby obronić to stwierdzenie, niech będzie Solaris Urbino 12 Electric. Polska firma Solaris jeszcze w tym roku dostarczy takie autobusy do Norynbergii i Furth. Zapytacie się pewnie o pojemność akumulatorów? Marne 240 kWh. Za to Solaris uwzględnił możliwość ładowania swoich elektrycznych autobusów podczas jazdy. Przy pomocy pantografów, których nieco bardziej prymitywną formę możecie kojarzyć z czasów, w których w miastach ludzie jeździli trolejbusami.

I skoro miejskie autobusy nie muszą mieć nie wiadomo jak ogromnej pojemności akumulatora, to Proterra skazana jest raczej na oferowanie swoich konstrukcji przewoźnikom międzymiastowym. Pytanie tylko, czy to ma jakikolwiek sens, skoro za chwilę powstanie Hyperloop i spopularyzują się usługi współdzielenia autonomicznych pojazdów. Autobusy międzymiastowe mogą po prostu przestać być potrzebne.

Rekord Proterry oczywiście robi wrażenie, ale wątpię, żeby firmie udało się go przekuć w imponujących rozmiarów sukces.
Jechałem Solarisem..  ale cichutko w środku...robi wrażenie ..
Chcę coś dodać- to jest technologia która powinna była być używana i rozwijana już sto lat temu, dzisiaj możemy potraktować takie rozwiązania jako coś przejściowego ...jako coś co przy naszym wzroście świadomości  będzie zabytkiem, bo zaraz będziemy mieli do dyspozycji technologie kosmiczne  i "latające autobusy"  i "latające taksówki" no i teleportację....
Wybieram to drugie rozwiązanie...ciemny rząd - posiada takie technologie ... sami dranie latają na marsa, księżyc i dalej , mają pod ziemią pociągi w tunelach i przemieszczają się po całym globie .
a za oknem/ szara rzeczywistość  a autobusami w smrodzie i hałasie ....
Pomyśl , jakie są twoje oczekiwania ? 
ziemianie już latają w kosmos ,mają bazy,miasta też na Marsie.
Nam rządzący serwują system niewolniczy i traktują nas jako darmową siłę roboczą,i  jak króliki doświadczalne...ograniczając nas w wyjątkowo podły sposób pod każdym względem...

Lada dzień dowiemy się ,że jest darmowa energia, że powszechny dobrobyt to nie mrzonka a konieczność,abyśmy mogli się rozwijać..i żyć w zdrowiu  i powszechnym pokoju.....
te zmiany teraz zachodzą....

 

David Wilcock - październik 2017 r




Opublikowany 14 paź 2017
SaLuSa kieruje pilną wiadomość! Pomóżmy Ziemi być lepszym miejscem! Pobierz światło na tym filmie. Witamy w Light Hands of Light. Udostępnij ten film, aby pomóc rodzinie i znajomym. Naszym celem jest wspieranie Ziemi i Ludzkości, aby uzyskać większą radość.


Na krótko przed zamachami rządu światowego na WTC z 2001 roku na stronie NASA opublikowany został niezwykły dokument

Na krótko przed zamachami rządu światowego na WTC z 2001 roku na stronie NASA opublikowany został niezwykły dokument – prezentacja power point nt. planów zniewolenia ludzkości przez władców tego świata. Dokument ten opisuje strategię walki z ludzkością, którą prowadzi synagoga szatana, opisuje także metody tej walki oraz technologię, jaka ma zostać użyta.

a

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest „problem” zbyt dużej ilości ludzi żyjących na planecie. Wg autorów dokumentu zbyt duża populacja ludzka prowadzi do zbyt szybkiego wyczerpywania zasobów naturalnych planety, a koszt utrzymania jednostki (domyślnie: niewolnika) jest wyższy, niż zysk płynący z pracy tej jednostki. Receptą na to, głosi dokument, ma być depopulacja oraz zastosowanie technologii przyszłości.
W jaki sposób depopulacja ma zostać przeprowadzona? Autorzy dokumentu odpowiadają – za pomocą zaawansowanych technologii XXI wieku – nano-technologii oraz fal niskich częstotliwości. Ale po kolei.

Wywieranie wpływu

Wyścig zbrojeń, który doprowadził do wynalezienia bomby atomowej doprowadził również do patowej sytuacji w konflikcie zbrojnym pomiędzy Związkiem Sowieckim a światem zachodnim. Tradycyjne metody sztuki wojennej w kontekście atomu przestały zdawać egzamin. Konwencjonalna wojna energetyczna stała się anachronizmem w globalnej rywalizacji czasów współczesnych. W rozumowaniu synagogi szatana prawdziwie nowoczesna wojna już nie pociąga za sobą prawie żadnych zniszczeń materialnych. Jest to wojna bardzo wydajna — ekonomiczna, gdzie wroga już się nie morduje, ale czyni z niego niewolnika pracującego na swoich niewidzialnych panów.
Jak czytamy w książce „Montaż” Vładimira Wołkowa zwycięzca tej wojny będzie panem życia i śmierci na zdobytych terytoriach i wśród podbitych narodów. Będzie nimi władał w sposób bardziej suwerenny niż niegdyś królowie. To nowe postrzeganie konfliktu doprowadziło do rozwoju nowej broni, wcale nie śmiercionośnej, wydajniejszej niż wszystkie dotychczasowe – tą bronią jest wywieranie wpływu, technika operacyjna pierwotnie stworzona przez żydo-komunistyczne służby ZSRR, adres Moska, plac Łubiański.
Jak mówił towarzysz Mao Tse-Tung świadomości społecznej przeciwnika trzeba „nadać formę”. Innymi słowy, przeciwnikowi podpowiadane są intencje i zamiary , które traktuje jako własne i które wprowadza w życie. Sens wywierania wpływu polega nie na przymusie, lecz na przeniknięciu do duszy, do podświadomości, i sprawieniu, że manipulowany będzie chciał tego, co my chcemy — BY PRAGNĄŁ. Aby dominować nad ludźmi, najpierw trzeba zapanować nad ich świadomością.
Do niedawna wywieranie wpływu opierało się na takich dziedzin nauki jak psychologia, czy socjologia. Gry operacyjne, stosowane przez tajne służby synagogi szatana, opierały się głównie na znajomości ludzkich zachować, uwarunkowań społecznych, socjologicznych – znając te mechanizmy agenci wpływu mogli, poprzez swoje słowa i działania, wpływać na postrzeganie rzeczywistości podbitych przez synagogę narodów w taki sposób, iż narody te nieświadomie realizowały cele narzucone przez idumejskiego okupanta.
Vladimir Wołkow wymienia, w połowie XX wieku, siedem podstawowych technik manipulowania świadomością.
  1. Słowo: przeciwnikowi trzeba nakleić etykietkę, określić go np. jako faszystę, inkwizytora polującego na czarownice. Musi on wtedy starać się pozbyć tej etykietki, tłumaczyć, że nie jest faszystą czy inkwizytorem, a jeśli polityk nie ma dostępu do mediów, już jest załatwiony.
  2. Liczba: klasycznym przykładem jest podawanie liczebności demonstracji; podczas gdy rzeczywista liczba demonstrantów antyrządowych wynosi np. ponad 50 tys., media informują o 5 tysiącach i wystarczająco często to powtarzają, by ta „informacja” pozostała w głowie słuchacza.
  3. Powtarzanie: sposobem najskuteczniejszym jest stałe powtarzanie jakiejś tezy. Łącząc często twierdzenia z ideami nieprawdziwymi tworzymy złudzenie logicznego łańcucha, np. Polska przeżywa chaos i pogrąża się w kryzysie z działalności kleru i Kościoła. Podstawą jest tu wiara, a nie analiza, gdyż jak pisał komunistyczny teoretyk Gramsci, masy mogą przyjąć filozofię tylko w formie wiary.
  4. Szum informacyjny: artykuły, audycje, programy pozbawione jakichkolwiek treści są ważnym instrumentem. Ich rola polega jednak nie na oddziaływaniu, ale na zajmowaniu miejsca. Im więcej ble, ble, tym mniej miejsca dla rzeczowych informacji. Np. ramówka TVN, Polsatu, TVP, TV4, itd.
  5. Klisze czyli stereotyp myślowy: tutaj chodzi o wykorzystanie schematu znanego społeczeństwu. Przykład: Hitler odwoływał się do narodu niemieckiego, więc każdy, kto głosi idee narodowe jest nazistą.
  6. Obraz: najprostszą metodą jest zestawianie negatywnych zdjęć z tekstem na temat osoby lub instytucji, którą chcemy skompromitować. Bardziej wyrafinowana technika to np. pokazywanie trików filmowych. Np. Pokazywanie w TVN w relacjach z Marszu Niepodległości jedyne scen walki kilku osób z Policją, podczas gdy wiele tysięcy osób spokojnie maszeruje kilka metrów dalej.
  7. Triki: dziennikarz pyta przybyłego do USA papieża o jego stosunek do domów publicznych. To u was one są? – dziwi się papież. Następnego dnia gazety donoszą, że papież chciał się przede wszystkim dowiedzieć, czy w Ameryce są domy publiczne.

Mind control – doskonałe wywieranie wpływu

Wraz z rozwojem nowoczesnych technologii techniki wywierania wpływu z psychologicznych/socjologicznych ewoluowały w kierunku czystego behawioryzmu. Behawioryzm jest tą częścią psychologii, która jest ściśle naukowa – opera się na badaniach metodologicznych: bodziec – reakcja. Najbardziej znany eksperymentem behawiorystów to „pies Pawłowa”. To właśnie behawioryści opracowali pierwsze mapy mózgu, gdzie metodą eksperymentów badawczych określono które obszary mózgu za co konkretnie, bardzo konkretnie odpowiadają – wystarczy pobudzić mechanicznie dany obszar mózgu, aby wywołać odpowiednie dla tego obszaru reakcje organizmu człowieka: głód/sytość, pobudzenie seksualne, poczucie szczęścia, doznania religijne, doznania zmysłowe, jak zapach czy dźwięk, ale również… myśli.
Początkowo eksperymenty na mózgu prowadzone były za pomocą elektrody podpiętej na kablu do odpowiedniego obszaru Ośrodkowego Układu Nerwowego.
Obecnie tego typu badania prowadzi się już nie poprzez elektrodę i kabel, ale poprzez „zainstalowanie” w komórkach nerwowych w odpowiednich obszarach mózgu nano-cząsteczek metali ciężkich, pobudzanych poprzez bodziec zewnętrzny typu… sygnał radiowy niskich częstotliwości. W ten sposób, wiedząc za jakie zachowania, doznania, czy też za jakiego rodzaju myśli, odpowiada konkretny obszar w mózgu człowieka, można w tym obszarze zaimplementować odpowiedni rodzaj nano-cząsteczki, którą następnie pobudza się sygnałem odpowiedniej częstotliwości wywołując u człowieka pożądane zachowanie, oraz „podsyłając” mu myśli — przy czym człowiek nie ma świadomości, iż to, czego doświadcza, jest wywołane z zewnątrz i cały czas jest głęboko przekonany, iż doznania czy myśli, które przychodzą mu do głowy — są jego własne. To nie jest fantastyka naukowa!
a
To właśnie poprzez rozpylane z samolotów nano-cząsteczki metali ciężkich, które przenikają do naszych organizmów, oraz poprzez wstrzykiwane do organizmu szczepionki skażone nano-cząsteczkami metali ciężkich, które to nano-cząsteczki są następnie pobudzane poprzez fale niskich częstotliwości sieci komórkowych, odbywa się dzisiaj wywieranie wpływu XXI wieku – Mind control.
Wystarczy rozejrzeć się dookoła – na rogu każdej ulicy, co kilkadziesiąt metrów możemy spotkać anteny sieci komórkowych, poprzez które synagoga szatana kontroluje całą populację, tworząc z nas biologicznych niewolników, którzy nie mają nawet świadomości, że znaczna część tego, czego doświadczamy, co myślimy — to narzucona nam z góry, przez naszego wroga, agenda Nowego Porządku Świata, której celem jest przygotowanie ludzkości na przyjęcie się Antychrysta.
Szymon


Tags : ,

Miastko: spotkanie z figlarnymi karłami (lipiec 1996 r.)

Biegające po domu skrzaty, owłosione humanoidy albo małe chochlicze karły. W badaniu zjawisk anomalnych często można natknąć się na mur, który może okazać się dla wielu badaczy barierą nie do przeskoczenia. Wszak, jak bowiem podejść do spraw, gdzie grupka małych istot atakuje w lesie przechodnia i kradnie mu buty ? Takie zdarzenie miało miejsce niedaleko miejscowości Miastko, w woj. wielkopolskim.

Zdarzenia z udziałem małych humanoidalnych istot, często przypominających postacie z baśni i folkloru, to sprawy szczególne na tle zjawisk, które zwykło określać się anomalnymi. Wielu badaczy nieznanego posiada wiele tego typu przypadków w swoich archiwach, ale ze względu na wręcz kłującą w oczy niezwykłość tych incydentów po prostu wstrzymuje się z ich upublicznieniem. Trudno bowiem traktować poważnie incydenty, gdzie świadek spotyka na swojej drodze postać wyglądającą jak – wypisz, wymaluj – skrzat lub chimerę. Zwykle wystawia się takiemu świadkowi notę dziwaka lub uznaje się, że uległ jakiemuś urojeniu. Często jednak osoby, które doświadczają takich zdarzeń to wiarygodni ludzie, którzy w zetknięciu z taką siłą nie potrafią poradzić sobie z jej interpretacją; są bezradni i wewnętrznie rozdarci. Wielu nie decyduje się nawet nikomu o tym mówić z obawy o drwinę i powszechną wzgardę.
Bez wątpienia Krzysztof M. (lat 44), obecnie mieszkaniec Leszna, po spotkaniu z tajemniczymi postaciami w lesie przez wiele lat ukrywał się ze swoją historią. Dopiero moje próby kontaktu z nim zachęciły go do zwierzenia się ze swojego przeżycia. Zdecydowanie nie było to łatwe dla niego i bardzo długo musiałem czekać na odpowiedź Krzysztofa na mojego maila z prośbą o kontakt. O sprawie dowiedziałem się zupełnie przypadkiem podczas dokumentowania pewnej obserwacji UFO w Lesznie. Świadkiem zdarzenia był brat Krzysztofa – to on opowiedział mi, że w jego rodzinie kiedyś doszło do przedziwnego epizodu.
Krzysztof streścił mi swoje przeżycie w mailu, nie co później udało mi się przeprowadzić z nim kilka rozmów telefonicznych. Po latach zdecydował się nawet wrócić w to miejsce i specjalnie dla mnie wykonać kilka fotografii. ,,Przez lata starałem się nie chodzić tą drogą, omijałem ją szerokim łukiem. Jak już, to raczej z kimś. To, co mnie spotkało było na tyle przerażające, że następnego dnia obudziłem się z pierwszym kosmykiem siwych włosów, a miałem raptem 23 lata wówczas. To świadczyło, że przeżyłem to na prawdę I nie przyśniło mi się to niestety”. – relacjonował w rozmowie telefonicznej.
,,To mógł być rok 1996 r, na pewno lipiec”. – pisze w liście Krzysztof. - ,,Byłem ja, moja dziewczyna i dwóch naszych znajomych. Siedzieliśmy nad jeziorem Brzeźnie do późnego wieczora, koło miejscowości Zaborówiec. Tak często spędzaliśmy wieczory, gadając i grając na gitarze. Tego wieczora siedzieliśmy do godziny 23, mogła to być sobota, bo wiem, że miałem w tedy dzień wolny od pracy. Kiedy zrobiło się już późno, odprowadziłem swoją dziewczynę do wioski (Zaborówiec), nasi znajomi też mieszkali w Zaborówcu i z nimi również się pożegnaliśmy. Choć była propozycja, aby pójść jeszcze coś wypić, ale ja już byłem zmęczony i chciałem wrócić do domu. Wracałem do Miastka na przełaj przez łąki, mając po prawej stronie jezioro. Doszedłem do polnej drogi łączącej Miasto z miejscowością Papiernia i kierowałem się na zachód. Po prawej stronie miałem las, po lewej stronie pole i otwartą przestrzeń, za chwilę wszedłem w las.
Zrobiło się nagle cicho
,,Była już może 24, pięknie słychać było leśną zwierzynę, sowy, coś tam nagle przebiegło, ale byłem do tego przyzwyczajony, wiedziałem, że to jakaś może kuna, czy coś takiego. Znałem dobrze te okolice więc się nie bałem. Ale nagle stało się coś dziwnego, nie wiem czy to moje zmęczenie, ale nagle poczułem niezrozumiały niepokój. Zrobiło się tak jakoś groźnie, poczułem gęsią skórkę, zrobiło mi się zimno nagle, a było to lato i było dość ciepło więc trochę dziwne. W pewnym momencie nic już nie słyszałem, taka cholerna cisza się zrobiła, że aż stwierdziłem o kurcze trzeba biec, coś się dzieje, bo czułem spojrzenie. Myślałem, że to może kłusownicy są w lesie, i zacząłem biec, ale było to dziwne, nogi miałem jak z waty, nie mogłem biec, powłóczałem nogami, przeszedłem tak może 5 metrów. To było takie uczucie, jak w śnie czasami próbuje uciekać, a nie mogę. I w tedy usłyszałem taki rechot, ale nie żaby tylko ludzki, taki śmiech przechodzący w rechot. Stanąłem jak wryty, czułem że stoją mi wszystkie włosy na głowie. Nie mogłem się w tedy ruszyć i usłyszałem, że coś się szamocze w krzakach. Prawie łzy mi naszły ze strachu, bo chciałem uciekać, a nie mogłem. I wtedy zobaczyłem jakieś cienie, sylwetki postaci wychodzące z tych krzaków, ode mnie to było może 3 m. Była jasna noc, więc widziałem tylko cienie postaci, było ich może trzech, czterech. Niskiego wzrostu może 1 m. Wyglądały i miały sylwetki ciała jak dzieci, ale dziećmi raczej nie były. Wylazły z tych krzaków i świergotały, skrzeczały jak jakieś dzikie zwierzęta, to już nie był dźwięk człowieka, to był dźwięk jakiegoś potwora. Zbliżały się w moją stronę, skacząc, podskakując odbijały się lekko od ziemi i rzuciły się na mnie. Poczułem, jak upadłem i czułem, jak skakały po mnie.
,,Ukradli mi buty”
Mapa miejsca obserwacji. Strzałka wskazuje, gdzie doszło
zdarzenia
,,Nie mogłem nic zrobić, padłem jak kłoda. Po chwili straciłem przytomność. Obudziłem się i już nikogo nie było obok mnie. Podniosłem się i zacząłem biec, ale nagle stanąłem, patrzę nie mam butów. Ukradli mi buty pomyślałem, miałem gołe stopy zabrali mi buty ze skarpetkami. Stanąłem, rozejrzałem się, ale obok mnie nie było moich butów więc zacząłem biec co sił do domu. Przebiegłem odcinek 500 metrów jak strzała. Wpadłem do domu i pobudziłem swoich rodziców krzycząc, że mnie napadli w nocy i ukradli buty. Ale rodzice nie uwierzyli, stwierdzili że popiłem sobie i mam się położyć spać, bo gadam głupoty. Nigdy więcej tamtą drogą już nie chodziłem sam, balem się zwyczajnie. To coś nie było ludzkie, choć miało sylwetkę człowieka. Następnego dnia poszedłem, pamiętam, do kościoła, choć nie uważałem się za wierzącego, ale nie wiem czy to coś nie miało jakiś diabelskich zamiarów. Pomodliłem się tak szczerze, ale nigdy więcej już niczego takiego nie spotkałem w swoim życiu. To było tylko raz na tej drodze koło Miastka”.
Krzysztof nie wiele zapamiętał szczegółów w wyglądzie postaci, które go napadły w lesie. Obserwację utrudniały nocne warunki. Widział jedynie sylwetki postaci. Był jednak pewien, że nie były to zwierzęta. ,,Widziałem kontury ludzkiej postaci. Oni wyglądali, jak ludzie, ale były niskiego wzrostu. Nie mogły to być dzieci. Co niby dzieci o tej porze robiłyby w lesie ? Poza tym siłą, jaką dysponowały nie wskazywała na to, że to dzieci. Powaliły mnie bez problemu na ziemię. Miały siłę, jak dorosły człowiek, ale ten wzrost był mylący. Na moje oko mogły mieć jakieś 1,20 m. wzrostu. To jest wzrost co najwyżej ludzkiego karła, ale co robiła trójka bądź czwórka, teraz już nie pamiętam dokładnie, ile tych postaci było, w lesie ? To jest wieś, tu się wszyscy znają. Na pewno mieszkańcom byłoby wiadomo, że w okolicy mieszkają karły. Poza tym dźwięki, jakie wytwarzały nie były ludzkie. To przypominało rechot pomieszany z jękami. Coś przerażającego. To mogło mi się skojarzyć z jakimś diabłem albo siłą nieczystą”. – zwierzył się Krzysztof.

Miejsce, gdzie wyłoniły się istoty
Droga, którą poruszał się świadek

Szczególnie interesujące było tutaj porównanie świadka do demonicznych postaci. Faktycznie, słuchając opowieści Krzysztofa ma się wrażenie, że jest rodem z jakiegoś filmu grozy. Problem w tym, że wydarzyła się ona realnie, o czym świadczył brak obuwia na stopach Krzysztofa, kiedy obudził się na drodze leśnej.
Możemy oczywiście skwitować przeżycie Krzysztofa jako zwykłe złudzenie. Wiadomo, że podczas towarzyskiego spotkania nad jeziorkiem sięgnął po alkohol. ,,Wypiłem co najwyżej dwa piwa, nie więcej. Trudno uznać, że mi się to przewidziało po alkoholu. To było zbyt realne. Coś ewidentnie mnie przestraszyło i napadło. Jak sobie to nawet dzisiaj przypominam, to mam gęsią skórkę na ręce”. – twierdził.
Gdy rozłożymy na czynniki pierwsze relację Krzysztofa, dostrzeżemy wiele elementów wspólnych z bliskimi spotkaniami UFO i zdarzeniami o charakterze paranormalnym. Przede wszystkim charakterystyczne jest tutaj uczucie grozy i zimna. ,,Poczułem, że narasta, jakaś groza, coś się zaraz wydarzy i jeszcze ten chłód i gęsia skórka”. To są przypadki świadczące, że w takich momentach dochodzi do odziaływania silnej energii (być może elektromagnetycznej), która zmienia potencjał pól elektrostatycznych. Wówczas świadek może odczuwać chłód, mieć gęsią skórkę a nawet będą mu stawać włosy dęba.
Inna sprawa to wspomniana ,,cisza”, o niej bardzo często możemy usłyszeć od świadków, którzy przeżyli bliskie spotkanie z UFO. W literaturze ufologicznej zwykło określać się ją ,,czynnikiem OZ”. Często świadkowie mają problemy z jej opisaniem. Jest to stan psychofizyczny wywołany jakimś czynnikiem zewnętrznym, kiedy dochodzi do całkowitego wyłączenia świadka, chwilowego oderwania go od rzeczywistości. Z czymś takim spotkał się również Krzysztof, kiedy zza krzaków wyskoczyły postacie i rzuciły się na niego.  
To, co szczególnie fascynuje w przeżyciu Krzysztofa, dotyczy wspólnych elementów z ,,żywym folklorem”. Tym terminem posługują się badacze dokumentujący przypadki o wysokim ,,współczynniku dziwności”. Kiedy mówimy o spotkaniach z istotami wyglądającymi, jak gnomy, skrzaty i chimery, swoim wyglądem wpisujące się w dawny folklor. Takich spraw udokumentował bardzo wiele Arkadiusz Miazga, autor słynnego cyklu ,,Magonia po polsku”. Te kontrowersyjne przypadki opisuje również w swojej książce ,,Magiczna rzeczywistość”.
Motyw karła jeszcze do niedawno często gościł w bliskich spotkaniach z UFO. Kiedy sięgniemy do historii ufologii, zauważymy, że podczas słynnej fali UFO w latach 50 – tych we Francji wielokrotnie doszło do spotkań z małymi, brodatymi postaciami, które wychodziły z groteskowo wyglądających pojazdów latających w kształcie jaja i często zaczepiały ludzi.
W folklorze ludowym demoniczne postacie typu skrzaty, elfy i gnomy znane są ze swojej chochliczej natury. Opisy etnograficzne bardzo często wskazują, że krasnale potrafiły wykradać ze spichlerza mąkę, podkradać z domu jedzenie, niekiedy ich łupem padały różne przedmioty i rzeczy osobiste. Przykładowo w irlandzkim folklorze funkcjonuje mit o Leprechaunie, skrzacie uwielbiającym płatać figle, mającym skłonność do podkradania ludziom różnych rzeczy.
Czy z czymś takim spotkał się Krzysztof w lesie, nieopodal miejscowości Miastko ? Nie wiadomo. Takie zdarzenia dzisiaj uchodzą zdecydowanie za rzadkość. Nie wykluczone, że nie są to istoty z krwi i kości, ale efemeryczne emanację jakieś siły, która wchodząc w kontakt z ludźmi dopasowuje swój wygląd do naszych wierzeń, religii i przekonań. Jest zwodnicza i bardzo często ma naturę psotnika.

Wszystkich świadków podobnych zdarzeń proszę o kontakt na maila: dam.trela@gmail.com