wtorek, 6 grudnia 2022

Listy Magdy

 Brak dostępnego opisu zdjęcia.

 

 Znowu kolejne lustro, kolejne zderzenie z rzeczywistością. Poprzez małe, niby nic nie znaczące słowo otworzyły się przede mną wrota poznania. I szczerze mówiąc już nic nie wiem. 

  Od początku. Zaczęłam swoją podróż do poznania siebie dlatego, że już nie mogłam wytrzymać ze sobą, miałam dosyć życia jakie prowadzę i chciałam choć trochę zrozumieć swoje zachowanie i świat, który mnie otacza. Mgła zaczęła się przecierać jakieś 2 lata temu. Do tego czasu medytowałam, poznawałam swoje ciało, swoje myśli, siebie, było w sumie przyjemnie . 2 lata temu pierwszy raz zobaczyłam siebie w lustrze i wtedy zaczęły się schody. Zobaczyłam kobietę, która chciała obwinić cały świat za swoje nieszczęścia, a w rzeczywistości to sama je tworzyła. Kobietę, która dąży do konfliktu w partnerstwie, bo taki program jej wgrano w dzieciństwie. Kobietę, której bardzo wygodnie w roli ofiary, którą przyjęła 20 lat temu i kobietę, która potrafi tak samo dobrze oszukać siebie jak i świat wokół, że jest tak jak sobie wymyśliła. ..
Nie zdarzało się to wszystko na raz. Były przerwy miesięczne,paromiesięczne, parotygodniowe. Dzięki temu mogłam zbierać siły na kolejne rewelacje. I tak, parę tygodni temu przyszła kolejna, która już nadała nazwę mojej dolegliwości. To była rewelacja o nazwie "syndrom sztokholmski " . Przetrzepało mnie jak zwykle. Z jednej strony wiedziałam, że coś jest nie tak, z drugiej przecież nie wiedziałam czy to faktycznie to. Umówiłam się ze swoją terapeutką, z którą widuję się kiedy sama nie mogę czegoś przejść i po rozmowie z nią byłam trochę spokojniejsza. Tak naprawdę nie ważne jak nazwę swoje stany,ważne że mam odwagę je dostrzec, nazwać i chęć by coś z nimi zrobić. I tak znalazłam się w stanie pomiędzy, w którym pozostałam przez parę tygodni. Zastanawiałam się nad wszystkim, oddychałam, dziękowałam. A ostatnio...
I teraz tak, sama już nie wiem gdzie leży granica mojej wyobraźni. Wiem za to, że mam wyobraźnię, której nie powstydziłby się Tolkien. Więc jest możliwe,że wymyślam kolejne choroby i dolegliwości by pozostać tu gdzie jestem,w roli ofiary, bo to jest to co znam i czemu ufam. Możliwe. A możliwe, że dotarłam do punktu, do którego miałam dotrzeć i ode mnie teraz zależy, co z tym zrobię. Wiele możliwości, żadnej pewności. 
Choroba afektywna dwubiegunowa. Oto co do mnie przyszło. Nie będę tu opisywać wszystkiego, bo życia by mi nie starczyło, ważne jest to , że uświadomiłam sobie możliwość tej choroby we mnie. Po wszystkim dziękowałam Bogu, że byłam w stanie pomiędzy, a nie gdzieś na wyżynach swojej świadomości. Dzięki temu gdy runęłam w dół, nie porozbijałam się za bardzo i dość szybko mogłam się pozbierać, by sobie wszystko poukładać. Gdy doszło do mnie, że oprócz zwykłego zwichnięcia mogę być najzwyczajniej w świecie nienormalna, i nawet mogę nazwać swoją chorobę, coś we mnie pękło, ale jednocześnie odczułam coś na kształt ulgi. I po pierwszych 2 dniach potrafiłam spojrzeć na wszystkie te lata z punktu obserwatora. Wnioski do jakich doszłam wydają się być właściwymi, ale oczywiście to czas pokaże. 
Świat, w którym się wychowałam, geny a także życie późniejsze w mniejszej skali mogły spowodować u mnie chorobę dwubiegunową, z której nie zdawałam sobie sprawy, bo, a) nie byłam jeszcze na to gotowa, b)wciąż żyłam w ramionach choroby. Praca jaką nad sobą wykonałam pozwoliła mi powoli zdjąć wszystkie maski po to bym mogła zobaczyć prawdziwą siebie. Może to być równie dobrze inne schorzenie o takich samych objawach, w naszym świecie chorób psychicznych jest więcej niż ludzi go zamieszkujących. Nie jest tak bardzo ważne jak nazwę swoje spaczenie (choć gra to dużą rolę) jak to co dalej z tym zrobię. Czy zaakceptuję tę niedoskonałość, która jest jednocześnie moim największym życiowym lękiem, czy też odsunę od siebie i włożę między bajki umysłu? Co, jeśli zaakceptuję? Terapia? Leki? Kontynuacja swojej ścieżki i ufność, że wszystko będzie dobrze? Czy może zwinięcie się w kłębek i pozostanie tak do końca świata? Duuużo pytań. I o dziwo na wszystkie znalazłam odpowiedź. Tzn. na te, na które tej odpowiedzi naprawdę potrzebowałam. Zwinięcie się w kłębek odpada, już się nawijałam w życiu, teraz czas się rozwinąć. Akceptacja przede wszystkim, myślałam,że będzie to trudniejsze, ale teraz,po tych paru latach potrafię spojrzeć na siebie jak na własne dziecko i to mi bardzo ułatwia akceptację niewygodnych prawd. Na bank spotkam się na dniach ze swoją terapeutką i zobaczę gdzie mnie to zaprowadzi. W dalszym ciągu będę nad sobą pracowała, mając swój niezawodny pamiętnik na podorędziu. Dam sobie tydzień totalnego spokoju i wyłączenia, bo na to zasługuję i tego potrzebuję. Jak na razie to jest mój plan i dalej nie wybiegam.
Takie to rozmyślania miałam ostatnio. 
Pozdrawiam 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz