sobota, 6 stycznia 2024

„Globalne elity” czy „globalne pasożyty”?

 

 Autor: Doktor Mathew Maavak 
 
 Jak głosiła popularna obserwacja w starożytnym Rzymie: „Tylu niewolników, tak wielu wrogów”. Wrogość klasowa jest źródłem represji społecznych i nierówności majątkowych. Jest to cecha charakterystyczna elitarnego pasożytnictwa. Ostatnio przypomniano pisarzom mediów alternatywnych, że termin „globalne elity” należy zastąpić bardziej odpowiednim „globalnymi pasożytami”. W końcu górny 1% stale wysysa 90% populacji, co pociąga za sobą ciągłe marnowanie podstawowych wolności i środków utrzymania gospodarczego, często pod pozorem „zrównoważonego rozwoju”. (Pozostałe 9% to elementy egzekwujące w tej matrycy.) Słowo „elita” rzeczywiście odwołuje się do nieuzasadnionego pozoru wiedzy specjalistycznej, wiedzy i zasług, których tej klasie dotkliwie brakuje.
 
  Przyznam też, że ja, a może i inni komentatorzy, zmagamy się z tym określeniem od bardzo dawna. Istnieje również niebezpieczeństwo, że zakazy cieni nakładane przez Big Tech – Miecz Damoklesa nieustannie mierzący się z niezależnymi pisarzami – szybko przeniosą się z półcienia do rdzenia regionu umbra, gdy termin „globalne pasożyty” zostanie znormalizowany w ich pismach. Poza tym regionem leży zapomnienie. Co więcej, nie mogę użyć tego terminu w żadnym z op-edów, które okresowo przesyłam do RT.com, chociaż tamtejsi redaktorzy, a przynajmniej starsi, byliby zaznajomieni ze zwodniczo podobnie brzmiącym tagiem „pasożyt społeczny” w epoki ZSRR.  
 
Pasożytnictwo społeczne – tak sowieccy władcy opisywali tych, którzy odmawiali pracy, nauki lub służby zgodnie z zasadami socjalistycznymi. 4 maja 1961 roku ZSRR uchwalił nawet ustawę „O wzmożeniu walki z osobami unikającymi pracy społecznie użytecznej i prowadzącymi antyspołeczny pasożytniczy tryb życia”. Myślę, że było to wymierzone w antystachanowców, którzy sprzeciwiali się propagandowym bredniom rządzącej nomenklatury, która stanowiła pasożytnicze elity sowieckie tamtych czasów. Stachanowici to ci, którzy próbują naśladować wyczyny mitycznego Aleksieja Grigoriewicza Stachanowa, który rzekomo w 1935 roku wydobył rzekomo 102 tony węgla w niecałe 6 godzin (14 razy więcej niż mu to wystarczyło). Radziecka nauka, nadludzkie wyczyny i statystyki były wówczas bardzo precyzyjne . Nikt w bloku komunistycznym nie był w stanie sprostać ideałom socjalizmu, który sam w sobie był pustą iluzją zbudowaną na kłamstwach, gułagach, pracy przymusowej i kontroli informacji. W rezultacie spadła wydajność pracy.  
 
W czasach zimnej wojny w Polsce istniało nawet powiedzenie, które z grubsza można przetłumaczyć jako „Czy stoisz czy się leży, tysiąc złotych się należy”. W niektórych wersjach pensja wynosiła dwa tysiące złotych i, jak sądzę, została podwojona, aby ugasić płomienie antyautorytarnej „Solidarności” w latach 80. W całej historii klasy elitarne i pozbawieni praw wyborczych rutynowo oskarżali się nawzajem o pasożytnictwo. Ten ostatni musiał to oczywiście robić za zamkniętymi drzwiami. Starożytny Rzym, zbudowany na okropnej pracy niewolniczej, miał nawet takie powiedzenie: „Tylu niewolników, tak wielu wrogów”. Wrogość klasowa jest źródłem represji społecznych i nierówności majątkowych. Wracając do przyszłości, pilnie przeszukałem wszystkie ukryte zakamarki mojego repozytorium leksykalnego, aby ukuć najbardziej opisujący termin określający globalną klasę rządzącą.   
 
Oczywiście istnieją już podobne wyrażenia – od akademickiego po konspiracyjne, np. ponadnarodowa klasa kapitalistów (TCC), Kabała, Iluminaci itp., ale uznano je za albo niezadowalające, albo nadmiernie tendencyjne. Metoda naukowa, którą zastosowałem, skłoniła mnie nawet do pobieżnego zbadania między innymi platyhelminthes (płazińce), acanthocephalans (robaki cierniste), tasiemce (tasiemce), przywry (przywry) i nicienie (glisty). Jednak klinkier, którego szukałem, pozostał nieuchwytny. Prawie przeżyłem moment objawienia, kiedy podczas moich wędrówek po dżungli zmagałem się z pijawkami. Pijawki wysysają krew (hematofagia); dlaczego więc nie nazwać globalnych elit „klasą hematofagiczną”? Jednak to określenie było trochę naciągane i brakowało mu elegancji i żartobliwości „tauroscatologii” (bzdury), którą ta klasa wprawia w przerażającą codzienność. W końcu się poddałem.  
 
Tak było do czasu, gdy pobudził mnie niedawny klip wideo przedstawiający „współautora porządku obrad” Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) Ngaire Woods. Woods, o której nigdy wcześniej nie słyszałam, uważa się za część „elity”. Po szybkim sprawdzeniu w Internecie zdałem sobie sprawę, że była ona znaną ekspertką w dziedzinie globalnego zarządzania. Obecnie jestem dobrze zorientowany w dziedzinie zarządzania (moja praca doktorska dotyczyła zintegrowanych mechanizmów zarządzania), ale nigdy nie spotkałem się z żadnym opusem Woodsa. Co więcej, mam instynktowną niechęć do akademickiej tauroskatologii i unikałbym akademickich śmieci, gdy ją zobaczę. Do rodaków Woodsa zalicza się prezydent Singapuru i niezłomny członek WEF Tharman Shanmugaratnam, którego niedawne nominacje na najwyższe stanowisk a urząd pociągnął za sobą radykalną zmianę konstytucji jego narodu.  
 
Odtąd Singapur nie będzie już uznawał za konflikt interesów sytuacji, gdy „elitarny” urzędnik państwowy służy także „elitarnym instytucjom”, takim jak WEF. Po wprowadzeniu tych zmian w Singapurze doszło do niewielkiego protestu, ale obecnie elitom uszło na sucho niemal wszystko. Nawiasem mówiąc, Shanmugaratnam obiecał także nową szczepionkę na nową pandemię, która jeszcze się nie pojawiła. W niedawnym komentarzu obaliłem tę naukę o oleju wężowym. (Poza Ghislaine Maxwell nikt z niesławnej Listy Epsteina – nierozerwalnie związany z WEF – nie został nigdy oskarżony o swoje haniebne przestępstwa. Poczekamy i zobaczymy, jakie będą skutki niedawnego nakazanego przez sąd uwolnienia 170 nazwisk na tej liście.
 
 Pełna lista nigdy nie zostanie opublikowana.) Powrót do Woodsa. Cieszyła się, że „elity na całym świecie coraz bardziej sobie ufają. Zatem możemy się zjednoczyć i wspólnie projektować piękne rzeczy”. Według Woodsa to „dobra wiadomość”. Takie piękne rzeczy można zobaczyć w karaluchach, robakach, robakach i ślimakach, które WEF promuje jako żywność lub globalną podklasę. „Zła wiadomość” – ubolewał Woods – „jest taka, że w każdym kraju, w którym przeprowadzano sondaże, większość ludzi mniej ufała swoim elitom. Możemy więc przewodzić, ale jeśli ludzie nie będą podążać, nie dotrzemy tam, gdzie chcemy”. 
 
 Ojej, zastanawiam się dlaczego? Nikt nie lubi smażonego ryżu z karaluchami albo consommé z robaków? W tym maleńkim kręgu jest mnóstwo hipokryzji. Jeśli chodzi o ich obsesję na punkcie zmian klimatycznych, elita stanowiąca 1% światowej populacji zdecydowanie „jest odpowiedzialna za taką samą ilość emisji gazów cieplarnianych, jak dwie trzecie najbiedniejszych ludzi na świecie, czyli pięć miliardów ludzi, zgodnie z analizą opublikowaną przez tę organizację non-profit Międzynarodowy Oxfam.” Niniejszy raport opublikowano w czasie, gdy światowi przywódcy przygotowywali się do spotkania w sprawie rozmów klimatycznych na szczycie COP28 w Dubaju w dniach 30 listopada–12 grudnia 2023 r. A co jednak zrobiły elity?  
 
Brytyjska delegacja pod przewodnictwem Karola III, byłego premiera Davida Camerona i obecnego premiera Rishi Sunaka przyleciała do Dubaju oddzielnymi odrzutowcami. Emisje dwutlenku węgla czy nie, postrzegają siebie jako „część rozwiązania”, jak kiedyś uzasadniał Bill Gates świętością rangi znaku towarowego. Dla nich obowiązuje jedna zasada, a dla nieumytych mas inna, przeciwstawna. 
 
**Source

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz