
Kolejne
dni samotności... Kolejny dzień mam cały dla siebie. Kolejny dzień nikt
nie wyprowadza mnie z równowagi... i nie przytula... Kolejny dzień... z
ilu? Kto to wie? Pierwsze 2 dni zaskoczyły mnie zupełnie. Roztrzaskałam
się z hukiem jak dziecko zostawione na noc ze zgaszonym światłem choć w
szafie jest potwór. Przetoczyło mnie po wszystkich wspomnieniach,
uśmiechach, żartach... Ja-inaczej niż zawsze, postanowiłam to wszystko
przyjąć, strawić, nie uciekać. Nie zdawałam sobie z tego wszystkiego tak
do końca sprawy, wiedziałam że chce leżeć i płakać. I tak zrobiłam.
Leżałam zużywając papier, głaszcząc koty, wspominając... Zazwyczaj w
takiej sytuacji obwiniam drugą stronę, wyszukuję skrupulatnie wszystkie
błędy, żeby tylko poczuć ulgę niewinności. Oczywiście nigdy jej nie
czuję, tam w środku ktoś doskonale wie jak to naprawdę było i trzyma
ulgę ciasno w sobie. Tym razem wiedziałam, że niczego nie będę szukać.
Wiedziałam, że cokolwiek znajdę w drugiej osobie, nieważne jak
okropnego, to samo jest we mnie. Jak nie gorsze. Nie potrafiłam już
osadzić ani ocenić, nie oceniając jednocześnie siebie. A przy tym po
prostu nie mogłam, bo po raz pierwszy w życiu nie widziałam w drugim
człowieku wroga, który celowo zniszczył mi życie, tylko zagubionego
chłopca, równie przestraszonego co ja. Jedyne co czułam to miłość i
współczucie dla nas obojga. Płakałam z żalu, że nam nie wyszło, choć
naprawdę chcieliśmy. Zagubione kukiełki w świecie fałszu i plastiku z
równie fałszywą fasadą co i ten świat... Grający swoje role bez
przekonania, ze zmęczeniem, jakby ktoś nas do tego zmusił. A jedynymi,
którzy nas przymuszali, w jakikolwiek sposób, byliśmy my sami. Pomimo
prezentu od wszechświata w postaci drugiej osoby, nie potrafiący dać
sobie wzajemnie tego, czego sami tak bardzo pragnęliśmy. Miłości,
Opiekuńczości, Wsparcia. Nic poza wyrzutami, przytykami i pokazywaniem
jak beznadziejna jest ta druga osoba. I nie ma co tu nawet wspominać o
winie. Nie ma żadnej winy. Nigdy nie było. Po prostu... Dwójka
pogubionych wariatów chciała stworzyć dom i nie wyszło. Zbyt lekko do
tego podeszli, klocki do siebie nie za bardzo pasowały podczas
budowania, ale oni uparcie dodawali kolejne, przy okazji okładając się
wzajemnie kawałkami plastiku. I w końcu jeden z wariatów zwariował na
tyle, że zrozumiał, że nie da rady udźwignąć więcej. Że jego własną
psychoza jest na tyle... rozległa, że nie ma siły ani możliwości dalej,
wspólnie budować. Rozejrzał się po pokoju, w którym razem tworzyli i
zobaczył wszędzie chaos. Pełno samotnych klocków porozrzucanych na
wszystkie strony świata, mrok osiadający w kątach, cicho, groźnie,
czekający tylko na odpowiedni moment by zawładnąć resztą pokoju. Smutek,
łkający cichutko w szafie, bojący się zapłakać głośniej, żeby tylko
mrok nie usłyszał i go nie pochłonął... W pewnym przebłysku wariat
przypomniał sobie o jeszcze jednym mieszkańcu pokoju, którego kiedyś tu
widywał, a teraz nie mógł go zlokalizować. Chciał zawołać, ale głos
ugrzązł mu w gardle. Bał się wypowiedzieć te słowa, już nie pamiętał ich
brzmienia, zatarły się w pamięci przez te wszystkie lata. Przeszukał
pokój jeszcze raz, drugi, trzeci. Nic. Odeszła, zniknęła. Po tych
wszystkich latach poddała się i pewnie dla własnego dobra dała sobie
spokój. Może poszła do innych, którzy zauważą jej moc i blask, a nie tak
jak my będą ją tłamsić i niszczyć... NADZIEJA. Po 11 latach, połamana,
okaleczona, spakowała się i poszła. Do ludzi, którzy ją docenią. Może,
ale tylko może, kiedyś wróci do jednego czy drugiego wariata, jeśli
poczuje, że ma do czego. Że pokój do którego się wprowadzi będzie
wysprzątany, pachnący, z oczekującymi na nią mieszkańcami. To wtedy może
wróci...
| Dalej na blogu: | https://tamar102a.blogspot.com/p/listy-magdy.html |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz