czwartek, 13 maja 2021

Listy Magdy

 Może być zdjęciem przedstawiającym kwiat, przyroda i trawa

Kolejne dni samotności... Kolejny dzień mam cały dla siebie. Kolejny dzień nikt nie wyprowadza mnie z równowagi... i nie przytula... Kolejny dzień... z ilu? Kto to wie? Pierwsze 2 dni zaskoczyły mnie zupełnie. Roztrzaskałam się z hukiem jak dziecko zostawione na noc ze zgaszonym światłem choć w szafie jest potwór. Przetoczyło mnie po wszystkich wspomnieniach, uśmiechach, żartach... Ja-inaczej niż zawsze, postanowiłam to wszystko przyjąć, strawić, nie uciekać. Nie zdawałam sobie z tego wszystkiego tak do końca sprawy, wiedziałam że chce leżeć i płakać. I tak zrobiłam. Leżałam zużywając papier, głaszcząc koty, wspominając... Zazwyczaj w takiej sytuacji obwiniam drugą stronę, wyszukuję skrupulatnie wszystkie błędy, żeby tylko poczuć ulgę  niewinności. Oczywiście nigdy jej nie czuję, tam w środku ktoś doskonale wie jak to naprawdę było i trzyma ulgę ciasno w sobie. Tym razem wiedziałam, że niczego nie będę szukać. Wiedziałam, że cokolwiek znajdę w drugiej osobie, nieważne jak okropnego, to samo jest we mnie. Jak nie gorsze. Nie potrafiłam już osadzić ani ocenić, nie oceniając jednocześnie siebie. A przy tym po prostu nie mogłam, bo po raz pierwszy w życiu nie widziałam w drugim człowieku wroga, który celowo zniszczył mi życie, tylko zagubionego chłopca, równie przestraszonego co ja. Jedyne co czułam to miłość i współczucie dla nas obojga. Płakałam z żalu, że nam nie wyszło, choć naprawdę chcieliśmy. Zagubione kukiełki w świecie fałszu i plastiku z równie fałszywą fasadą co i ten świat... Grający swoje role bez przekonania, ze zmęczeniem, jakby ktoś nas do tego zmusił. A jedynymi, którzy nas przymuszali, w jakikolwiek sposób, byliśmy my sami. Pomimo prezentu od wszechświata w postaci drugiej osoby, nie potrafiący dać sobie wzajemnie tego, czego sami tak bardzo pragnęliśmy. Miłości, Opiekuńczości, Wsparcia. Nic poza wyrzutami, przytykami i pokazywaniem jak beznadziejna jest ta druga osoba. I nie ma co tu nawet wspominać o winie. Nie ma żadnej winy. Nigdy nie było. Po prostu... Dwójka pogubionych wariatów chciała stworzyć dom i nie wyszło. Zbyt lekko do tego podeszli, klocki do siebie nie za bardzo pasowały podczas budowania, ale oni uparcie dodawali kolejne, przy okazji okładając się wzajemnie kawałkami plastiku. I w końcu jeden z wariatów zwariował na tyle, że zrozumiał, że nie da rady udźwignąć więcej. Że jego własną psychoza jest na tyle... rozległa, że nie ma siły ani możliwości dalej, wspólnie budować. Rozejrzał się po pokoju, w którym razem tworzyli i zobaczył wszędzie chaos. Pełno samotnych klocków porozrzucanych na wszystkie strony świata, mrok osiadający w kątach, cicho, groźnie, czekający tylko na odpowiedni moment by zawładnąć resztą pokoju. Smutek, łkający cichutko w szafie, bojący się zapłakać głośniej, żeby tylko mrok nie usłyszał i go nie pochłonął... W pewnym przebłysku wariat przypomniał sobie o jeszcze jednym mieszkańcu pokoju, którego kiedyś tu widywał, a teraz nie mógł go zlokalizować. Chciał zawołać, ale głos ugrzązł mu w gardle. Bał się wypowiedzieć te słowa, już nie pamiętał ich brzmienia, zatarły się w pamięci przez te wszystkie lata. Przeszukał pokój jeszcze raz, drugi, trzeci. Nic. Odeszła, zniknęła. Po tych wszystkich latach poddała się i pewnie dla własnego dobra dała sobie spokój. Może poszła do innych, którzy zauważą jej moc i blask, a nie tak jak my będą ją tłamsić i niszczyć... NADZIEJA. Po 11 latach, połamana, okaleczona, spakowała się i poszła. Do ludzi, którzy ją docenią. Może, ale tylko może, kiedyś wróci do jednego czy drugiego wariata, jeśli poczuje, że ma do czego. Że pokój do którego się wprowadzi będzie wysprzątany, pachnący, z oczekującymi na nią mieszkańcami. To wtedy może wróci... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz