Najpierw wszystkich oświeciło na drzewa.
Przez
blisko 30 lat interesowały one tylko obsikujące je psy, a wszyscy
zainteresowani wiedzieli, że setkami truje się je pod budowę byle
hipermarketu, byle ominąć odrealnione przepisy uniemożliwiające
efektywny zarząd przestrzenią na własnej posesji. Nie. Pozostałych
wszystkich oświeciło dopiero na widok śpiącej wiewiórki i wszyscy
okazali się dendrologami, bo „PiS morduje nasze lasy!”. Teraz jest
jeszcze gorzej, bo po blisko 5 latach bezskutecznego kołatania rolników –
być może uda się wymusić depopulację dzików, roznoszących epidemię
Afrykańskiego Pomoru Świń (ASF). I nagle wszyscy są wieprzologami!
A potem będą oburzeni stając na kolejnej blokadzie rolniczej…
Żyjemy
w infantylnych czasach. W których ze słusznego postulatu rozwoju
i gospodarki zharmonizowanej z przyrodą – przeprowadzono nas do stadium,
w którym wszystko – drzewo, zwierzę, kamień nawet – są ważniejsze
od człowieka i jego bytowych potrzeb. Właśnie tak, nie żadnych fanaberii
i kaprysów uprzywilejowanego świata, ale elementarnych potrzeb, jak
utrzymanie własnej rodziny, praca, dom. Szczególnie w dzisiejszej Polsce
nagminnie odmawia się ich milionom ludzi, w tym w szczególności tym
utrzymującym się z wysiłku własnych rąk, z rolnikami na czele. Tymczasem
są proste, ekonomiczne, ale także przyrodnicze – fakty.
ZARAZA I ŁOWIECKIE IMPERIUM
Postulat
depopulacji dzików nie jest bynajmniej nowy. Organizacje rolnicze
zgłaszają go od 2014 r., kiedy to w Polsce pojawiły się pierwsze ogniska
ASF, prawdopodobnie zawleczone przez dziki przechodzące z Białorusi.
Historia tej epidemii to pokaz indolencji polityki rolnej,
fito-sanitarnej i łowieckiej wszystkich kolejnych rządów w Polsce.
Fundamentalny błąd popełniono już w pierwszych tygodniach po wykryciu
choroby, w lutym 2014 r. Zamiast w sposób kontrolowany odstrzelić
zarażone sztuki – na terenie Podlasie wprowadzono… zakaz polowań
na dziki. W efekcie nie tylko choroba rozlała się najpierw po całym
regionie, potem także na Lubelszczyźnie i Mazowszu – ale i skokowo
wzrosły straty spowodowane przez stada dzików na uprawach rolnych
(zwłaszcza kukurydzy). Wytłumaczyć chyba przy tym należy istniejący
w Polsce system. Otóż za kontrolę populacji dzikich (ale przecież
w istocie sztucznie indukowanych i podtrzymywanych metodami
pół-hodowlanymi) zwierząt odpowiada Polski Związek Łowiecki, ale już
za straty powodowane przez te zwierzęta płaci Skarb Państwa. Niestety
jednak, jak od lat podnoszą krytycy (także ze środowiska samych
myśliwych) – PZŁ nie wykonuje swoich ustawowych i statutowych zadań,
m.in. z tak prozaicznego powodu, że… bardziej mu się opłaca utrzymywać
niewielką podaż dziczyzny – a z nią i ceny, zaś odszkodowania dla
rolników czy to za szkody wyrządzane przez nadmiernie rozmnożonedziki,
czy za konieczność wybicia świń zarażonych przezdziki ASF – płaci budżet
państwa, czyli my wszyscy a nie Związek, z własną nomenklaturą
i silnymi powiązaniami partyjnymi i biznesowymi.
W 2014 r.
nie strzelano, kiedy mówiono o pojedynczych sztukach. W 2015 r.
ludowo-platformowi marszałkowie podlascy i lubelscy twardo odmawiali
działania, kiedy chodziło o małe stada, góra po kilkadziesiąt dzików
w każdym z zagrożonych województwa. Zamiast tego wprowadzono
restrykcyjne ograniczenia obrocie żywcem i mięsem wieprzowym,
w przeciągu kilku miesięcy praktycznie rujnując branżę hodowlaną
na wschodzie Polski. Całe stada świń, których nie można było sprzedać
z tygodnia na tydzień traciły na wartości, w sytuacjach skrajnych
zarządzano ich wybicie – a nie następowała refundacja kosztów, ani
wypłata teoretycznie należnych i obiecywanych producentom odszkodowań.
Ci kilkakrotnie w ostatnich latach podrywali się do protestów, domagają
się także gruntownej reformy całego systemu gospodarki łowieckiej
w Polsce, nadania elementarnego sensu nieskoordynowanym działaniom
inspekcji sanitarnych i żywnościowych – jednak ani PO-PSL, ani PiS
nie zrobiły literalnie nic, by pomóc branży.
PROSTE RACHUNKI
Oczywiście,
najpierw PiS będą w opozycji krytykowało bierność ludowców, zwłaszcza
PSL-owskich marszałków, potem ci przejęli pałeczkę oskarżając
o nieudolność PiS-owski już rząd i resort rolnictwa – i nadal nic
z całej tej przepychanki na świńską padliną nie wynikało, poza rozlaniem
się choroby na Podkarpacie i Warmińsko-Mazurskie i uderzeniem jej
kolejnej fali ze wzmożoną siłą w 2017 r. Pojawiały się co najwyżej
półśrodki, w rodzaju prób oczyszczania lasów z padłych dzików
przez wprowadzenie opłat za znaleziono i zgłoszone truchła. Nomen omen
na puszczy rozlegał się głos samych tylko producentów trzody –
i nielicznych organizacji rolniczych, w tym najpierw OPZZRiOR (które
posunęło nawet do żądania… delegalizacji PZŁ w związku z jego zadań),
a obecnie AgroUnii, wysuwającej bardzo konkretne propozycje zmian
w działaniach Inspekcji Weterynaryjnej.
Tymczasem
wyliczenia są proste – od pojawienia się ASF odnotowano już ok.
3.100 padłych na nią dzików, pojawiło się 110 nowych ognisk zarazy
i wiadomo już na pewno jedno – epidemia nie jest do opanowania jakimś
„wykładaniem szczepionek” czy liczeniem na… wilcze stada – bo i takie
naiwno-naturalistyczne pomysły niedzielnych ekologów zaczęły się
pojawiać, gdy projekt depopulacji dzików zaczął w końcu przebijać się
do osłoninowanej świadomości rządzących. Również „bioasekuracja”
nie jest niczym więcej niż tylko zgrabnym sloganem. Opowiadanie,
że wystarczy „większy porządek w chlewniach” wynika po prostu
albo z niezdawania sobie sprawy ze skali epidemii, albo z celowego
zakłamania. Dla porównania, zarówno Czechach, jak i na Litwie pomocą
w całej akcji służyło wojsko – co proponowano w Polsce już w 2016 r.
i co wzbudziło co najwyżej szydercze śmiechy wszystkich, wiedzących,
że przecież żywności się nie produkuje, bo jest ze sklepu… Nic
więc dziwnego, że Czechom między kwietniem, a grudniem 2018 r. udało się
całkowicie wyeliminować chorobę, którą wcześniej zlokalizowano
i ograniczono do kilku obszarów. Niestety, w Polsce już na to za późno –
a wynika to z jeszcze jednego, bardzo poważnego błędu.
EMBARGO I DEPOPULACJA
Jest
bowiem jeszcze jedno państwo, w którym chaos z ASF jest nie mniejszy
niż w Polsce. To Ukraina, w której zakażone są nawet wielkie hodowle,
w której od kilku lat strzela się do ludzi, a nie do dzików-
i która praktycznie bez kontroli eksportuje do Polski swoje zboże,
w ogromnej części zarażone Pomorem. Udało się stwierdzić, że – zwłaszcza
w niskich temperaturach – wirus utrzymuje w zbożu żywotność nawet
do 280 dni. Opok depopulacji dzików drugim koniecznym działaniem jest
zatem całkowite zablokowanie importu pasz i zbóż z Ukrainy
Nasze
rolnictwo jest pod ścianą i nie można się zachowywać, jakby parę świnek
dostało lekkiego kaszelku, a wszystko zdarzało się przedwczoraj. Mówimy
o latach zaniedbań, o potwornie rozlanej chorobie niszczącej całą
branżę, ale też o stosunkowo prostym, acz radykalnym rozwiązaniu.
Zrozummy, że populacja dzików jest w Polsce sztucznie utrzymywana i może
zostać łatwo odtworzona, bez szkody dla różnorodności genetycznej
gatunku. Jeszcze prostsza jest blokada sanitarno-weterynaryjna granicy
z Ukrainą. To jest naprawdę prosty rachunek – albo zdepopulujemy dziki,
albo zdepopulowane zostanie polskie rolnictwo.
Autorstwo: Konrad Rękas
Źródło: NEon24.pl, wolnemedia.net
Źródło: NEon24.pl, wolnemedia.net


Opublikowano 2 hours ago, autor: An..

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz