Napisane przez Amon w Wrzesień - 4 - 2016
Po zakończeniu II wojny światowej temat Wunderwaffe z roku na
rok zyskiwał popularność wśród badaczy historii, pasjonatów tajemnic
wojennych oraz… miłośników teorii spiskowych. W latach 90. hipotetyczna
„cudowna broń” była już częścią wielu oderwanych od rzeczywistości
opowieści. Ich poszczególne wątki były coraz gorzej udokumentowane, ale
za to coraz bardziej sensacyjne.
Wówczas na światło dzienne wyszły kolejne „fascynujące” informacje.
Co ciekawe, ich źródłem nie był żaden zachodni analityk wojskowy, tylko…
warszawski autor książek – Igor Witkowski. Jego zdaniem niemiecką
Wunderwaffe stanowiły… latające dyski o napędzie antygrawitacyjnym
opracowane przez niemieckich specjalistów pod koniec II wojny światowej.
Miały one służyć do przenoszenia broni masowego rażenia.
Podstawą dla tych rewelacji stały się informacje, które Igor Witkowski
uzyskał rzekomo jeszcze w sierpniu 1997 roku od pewnego „historyka
archiwisty”. Informator pragnął podobno pozostać osobą anonimową, gdyż w
czasach PRL miał powiązania ze służbami specjalnymi. Projekt, o którym
opowiedział Witkowskiemu, miał stanowić najtajniejsze przedsięwzięcie
badawcze realizowane w III Rzeszy. Został wdrożony w styczniu 1942 roku i
aż do sierpnia roku następnego funkcjonował pod kryptonimem Tor
(brama). Następnie podzielono go na dwa odrębne projekty: Chronos i
Laternenträger, koncentrujące się oddzielnie na części fizycznej oraz
medyczno-biologicznej.
„Dzwon” – opowieść z dreszczykiem
Projekt Chronos wiązał się ponoć z testami urządzenia o nazwie die
Glocke (dzwon). Bazując na informacjach uzyskanych rzekomo od swojego
informatora, Witkowski opisał to urządzenie następująco:
Zasadniczą część
dzwonu stanowiły
dwa masywne cylindry-bębny o średnicy jednego metra [podkreślenia B.R.], które w trakcie eksperymentu
wirowano w przeciwnych kierunkach z ogromnymi prędkościami. Bębny wykonane były ze srebrzystego metalu i
obracały się wokół wspólnej osi.
Był nią dość niezwykły rdzeń o średnicy rzędu kilkunastu–dwudziestu
centymetrów przymocowany swym dolnym końcem do masywnego postumentu
dzwonu.
Wykonany był z ciężkiego, twardego metalu. Przed każdą próbą w jego
wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika
(był określany jako
termos?) o ściankach osłoniętych warstwą
ołowiu o grubości ok. 3 cm. Miał on długość ok. 1–1,5 metra i wypełniony
był dziwną metaliczną substancją o złoto-fioletowym odcieniu i
zachowującą w temperaturze pokojowej konsystencję
lekko ściętej galarety. […] Był to jakiś
amalgamat rtęci, prawdopodobnie zawierający różne ciężkie izotopy.
Rtęć, tym razem już w postaci czystej, znajdowała się również
wewnątrz wirujących walców. […] Całość, tzn. cylindry i rdzeń, przykryta
była wspomnianą wcześniej
ceramiczną osłoną o kształcie przypominającym dzwon
[podkreślenie B.R.] – był to cylinder zaokrąglony u góry i zwieńczony
czymś w rodzaju haka czy mocowania. Całość miała średnicę rzędu 1,5
metra i wysokość rzędu 2,5 metra. Do zwieńczenia doprowadzony był bardzo
gruby kabel elektryczny. Na dole natomiast znajdował się okrągły i
bardzo masywny (wykonany z ciężkiego metalu) postument-podstawa, o
średnicy nieco większej niż ceramiczna obudowa”.

Równocześnie z upublicznieniem historii o „dzwonie” w 1998 roku Igor
Witkowski połączył jego zagadkę z Wunderwaffe oraz niemieckimi badaniami
nad antygrawitacją. Twierdził, że „dzwon” stanowił system napędowy
niemieckich latających dysków Haunebu oraz Vril. Naraził się tym zresztą
na pokaźną falę krytyki. Od tego czasu Witkowski przedstawił kilka
odmiennych koncepcji, z których jednak każda w taki czy inny sposób
wskazywać miała, że Niemcom udało się pod koniec wojny opracować napęd
antygrawitacyjny i zastosować go w testowanych w locie konstrukcjach!
Gdy w 1998 roku kupiłem pierwszy tom
Supertajnych broni Hitlera,
opisana tam historia „dzwonu” bardzo mnie zaintrygowała. Cztery lata
później do materiałów tych podchodziłem już z dużą dozą sceptycyzmu.
Hipoteza Witkowskiego mówiąca o tym, że „dzwon” był generatorem
antygrawitacji i jako taki miał zostać zastosowany w czasie II wojny
światowej do napędzania UFO Hitlera, nie przekonała mnie. Wciąż jednak
byłem przeświadczony, że cała historia jest prawdziwa. Nie wątpiłem
wówczas w to, że Igor Witkowski otrzymał od anonimowego informatora
materiały na temat jakiegoś tajnego projektu. Uważałem jedynie, że
warszawski publicysta źle owe informacje zinterpretował. Sam opis
„dzwonu” bardziej kojarzył mi się z urządzeniem wykorzystywanym w
niemieckim programie atomowym. Zresztą nie tylko ja miałem takie
odczucia. Kilku publicystów zasugerowało, że „dzwon” był jednym z
niemieckich akceleratorów.
Wątpliwości
Późnym latem 2011 roku postanowiłem ponownie przeanalizować podane
przez Igora Witkowskiego fakty. Wówczas zorientowałem się, że
przegapiłem coś ważnego. Być może priorytetowego! Uzmysłowiłem to sobie,
gdy powtórnie zacząłem lekturę trzeciego tomu
Supertajnych broni Hitlera – książki praktycznie w całości poświęconej historii „dzwonu”. Już w pierwszym akapicie tej publikacji Igor Witkowski pisał:
Sprawami opisanymi w tej książce [napędem antygrawitacyjnym – przypis B.R.]
interesowałem się już od dość dawna [podkreślenia
B.R.], chociaż o samych badaniach z tej dziedziny prowadzonych w III
Rzeszy przez długi czas nie wiedziałem prawie nic [podkreślenia B.R.].
Zacytowany akapit zwrócił moją uwagę na pewną istotną kwestię. Skoro
Witkowski już wcześniej interesował się napędem antygrawitacyjnym, to
może właśnie dlatego tak jednostronnie podszedł do zagadki „dzwonu”, od
samego początku przyjmując, że był to napęd antygrawitacyjny dla
hitlerowskich latających dysków!
Ten wniosek sprawił, że zaświtała mi w głowie jeszcze inna myśl.
Zadałem sobie mianowicie pytanie, jakim konkretnie poziomem wiedzy na
tematy związane z napędem antygrawitacyjnym dysponował Witkowski, zanim
pierwszy raz o nim napisał. Wtedy też przypomniałem sobie, że w 1997
roku wydał on pewną książkę, w której być może należałoby szukać
odpowiedzi na moje pytanie.
Generator antygrawitacji
Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę w książce
UFO – przełom?,
była rycina ukazująca „układ dwóch elektromagnesów, rotujących w
przeciwnych kierunkach” [5]. Był to szkic jednego z hipotetycznych
modeli generatora antygrawitacji. Co mnie w nim zaskoczyło? Szkic
przedstawiał urządzenie, które rok później Witkowski opisał jako… serce
„dzwonu”! Różnica polegała tylko na tym, że w miejsce dwóch rotujących w
przeciwnych kierunkach elektromagnesów w „dzwonie” pojawiały się „dwa
masywne cylindry-bębny, które wirowały w przeciwnych kierunkach”!

„Przypadek?” – pomyślałem. Na tym jednak niespodzianki się nie kończyły!
Kolejną znalazłem już na sąsiedniej stronie omawianej książki. Był to
krótki fragment, w którym Igor Witkowski opisywał, jak zaprezentowany
na wspomnianym wcześniej szkicu opracowany wiele lat po wojnie
hipotetyczny generator antygrawitacji oddziaływałby na pojazd latający,
który miałby napędzać. Zanim czytelnik zapozna się z tym fragmentem,
przypomnę, że pochodzi on z książki wydanej przed opublikowaniem przez
Witkowskiego pierwszych informacji o „dzwonie”:
Głównie należy się spodziewać niezwykle silnego
pola elektromagnetycznego w otoczeniu pracującego generatora[podkreślenia
B.R.] – wewnątrz statku, jak i w jego najbliższym otoczeniu. Przede
wszystkim stanowiłoby ono poważne zagrożenie dla załogi oraz wszelkiego
rodzaju urządzeń zbudowanych z przewodników – w tym ewentualnej
elektroniki. Przyczyną tego byłoby zjawisko indukcji.
Na zewnątrz statku silne pole elektromagnetyczne prowadzić by mogło do jonizacji – świecenia atmosfery, mogłoby być
słyszalne np. buczenie,
jak w pobliżu transformatora, dawałyby o sobie znać różne zjawiska
„wtórne” związane z emisją fal elektromagnetycznych (np. w postaci
światła), generowane byłyby
zakłócenia łączności radiowej i telewizyjnej powodujące również
trwałe lub czasowe niesprawności urządzeń elektrycznych i elektronicznych. Pewne częstotliwości emisji prowadziłyby do
upośledzenia pracy układu nerwowego człowieka i innych istot żywych. Problem ten można by w pewnym stopniu rozwiązać, przynajmniej jeśli chodzi o wnętrze obiektu latającego i ochronę załogi,
stosując ekrany (np. wchodzące w skład konstrukcji)
z materiałów nadprzewodzących.
Czytając te zdania, nie miałem żadnych wątpliwości, że był to opis
„dzwonu”, a konkretnie jego wpływu na otoczenie, oraz efektów
towarzyszących jego pracy! Aby się upewnić, otworzyłem jedną z książek
Witkowskiego i znalazłem stosowny fragment:
„Dzwon” objawiał swoje działanie na dwa sposoby – wywołując
efekty krótkotrwałe i długotrwałe [podkreślenia B.R.] […]. Te pierwsze stawały się odczuwalne natychmiast po włączeniu „głównego” zasilania […]. Efekty te to:
charakterystyczny dźwięk opisany jako do złudzenia przypominający
buczenie pszczół zamkniętych w butelce […] oraz szereg
efektów elektromagnetycznych. Na nie składały się z kolei:
przepięcia w okolicznych instalacjach elektrycznych 220 V („strzelanie” żarówek) zauważalne w przypadku prób naziemnych na odległościach przekraczających 100 m, ledwo zauważalna
niebieskawa poświata wokół „dzwonu” – będąca najwyraźniej
skutkiem emisji
promieniowania jonizującego, oraz zaznaczone w zeznaniach niezwykle silne pole magnetyczne. Do tego dochodziły odczuwalne przez uczestników eksperymentu
zaburzenia pracy układu nerwowego,takie jak uczucie mrowienia, bóle głowy i metaliczny smak w ustach.
Wnioski z lektury obu fragmentów były szokujące. Igor Witkowski
objawił się światu ze swoją historią o „dzwonie” w 1998 roku, tymczasem
już w 1997 roku bardzo dobrze wiedział o hipotezie, według której
generowanie antygrawitacji można osiągnąć poprzez przeciwnie wirujące
masy. Mało tego, wiedział również o efektach, które mogły towarzyszyć
pracy takiego urządzenia. Były nimi:
- efekty trwałe lub czasowe,
- świecenie atmosfery wokół generatora na skutek jonizacji,
- dźwięk przypominający buczenie,
- zakłócenia łączności radiowej,
- upośledzenie pracy układu nerwowego człowieka i innych istot żywych przebywających w pobliżu.
OPIS POWOJENNEGO GENERATORA GRAWITACJI
PODANY PRZEZ WITKOWSKIEGO W 1997 ROKU |
OPIS „DZWONU”
PODANY PRZEZ WITKOWSKIEGO W 1998 ROKU |
| trwałe lub czasowe niesprawności urządzeń elektrycznych i elektronicznych |
Dzwon objawiał swoje działanie na dwa sposoby – wywołując efekty krótkotrwałe i długotrwałe |
| słyszalne np. buczenie, jak w pobliżu transformatora |
charakterystyczny dźwięk opisany jako do złudzenia przypominający buczenie pszczół zamkniętych w butelce |
| zakłócenia łączności radiowej i telewizyjnej |
przepięcia w okolicznych instalacjach elektrycznych |
| Pewne częstotliwości emisji prowadziłyby do upośledzenia pracy układu nerwowego człowieka i innych istot żywych. |
Do tego dochodziły odczuwalne przez uczestników eksperymentu zaburzenia pracy układu nerwowego |
| Na zewnątrz statku silne pole elektromagnetyczne prowadzić by mogło do jonizacji – świecenia atmosfery |
niebieskawa poświata wokół «dzwonu» – będąca najwyraźniej skutkiem emisji promieniowania jonizującego |
Coraz bardziej zaskoczony, wróciłem do wertowania książki
UFO – przełom?.
Na stronie 95 autor podawał kolejną porcję ważnych dla mojej analizy
informacji. Dotyczyły one prac Henry’ego Wallace’a, które – jak
zaznaczał w 1997 roku Witkowski – mogą nas przybliżyć do wyjaśnienia
kwestii „napędu” UFO. O jakie odkrycie chodziło? Witkowski opisał je
następująco:
Wallace […], na podstawie swych przewidywań opracował, później
opatentowany, środek napędu antygrawitacyjnego. Generuje on, na razie w
teorii, „kinematyczne pole siły”.
Owo pole, jak podawał Witkowski, cytując opracowanie:
[…] jest w tym przypadku wytwarzane przez
szybko ratujące – z
prędkością kilkudziesięciu tysięcy obrotów na minutę – masywne elementy
wykonane z materiałów o odpowiednio dobranych charakterystykach [podkreślenia B.R.]. Szybki ruch obrotowy powoduje
polaryzację spinu jąder atomowych wchodzących w skład wirujących elementów, czego rezultatem jest właśnie ukierunkowane pole grawitacyjne.
Ponownie zatem czytałem opis zjawisk fizycznych znanych mi do tej
pory właśnie z historii o „dzwonie”. Ponownie też pochodziły one z
książki wydanej przez Igora Witkowskiego rok przed obwieszczeniem
wszystkim rewelacji o „dzwonie”.
Najciekawsze jednak dopiero na mnie czekało. Chodzi o fragment, w
którym Witkowski ustosunkowywał się do tzw. efektu żyroskopowego.
Podobno mógłby on utrudniać funkcjonowanie napędu antygrawitacyjnego.
Jak podawał autor:
najłatwiej byłoby go przezwyciężyć, stosując
podwójny układ mas wirujących (w zamkniętej obudowie) w przeciwnych kierunkach[podkreślenia B.R.]. Obudowa, ze względu na indukcję, musiałaby być wykonana z izolatora.
Nie miałem wątpliwości, że w zacytowanym zdaniu, pochodzącym z
wydanej w 1997 roku książki, pojawiała się informacja o umieszczeniu
opisanego wcześniej generatora antygrawitacji w obudowie wykonanej z
izolatora, czyli w… „dzwonie”!
Na tym etapie analizy miałem już praktycznie wszystkie elementy,
które w 1998 roku stały się częścią historii o „dzwonie”, czyli rzekomym
nazistowskim generatorze antygrawitacji. Wszystkie, poza jednym. Otóż w
zacytowanych dotąd fragmentach wciąż brakowało mi wzmianki o pewnym
płynnym metalu, który w „dzwonie” miał być ponoć częścią wirujących
przeciwbieżnie walców. Tak było do momentu, w którym przeczytałem jedną z
ostatnich uwag Witkowskiego w książce
UFO – przełom?:
Okazuje się, że świadkami funkcjonowania podobnych urządzeń byli ludzie już w starożytności, z tym że
wirująca masa miała postać płynną[podkreślenia
B.R.]. O tym mówią starożytne pisma hinduskie, między innymi
„Mahabharata”. […] Opisano w nich maszyny latające bogów – wimany, w
których jako źródło napędu wykorzystano
„rtęć” poruszającą się w jakichś okrągłych przewodach.
Jedno nie ulegało dla mnie wątpliwości: wszystkie zacytowane dotąd fragmenty książki
UFO – przełom?
opisywały oderwane od siebie, niestanowiące jeszcze spójnej historii
elementy opisu urządzenia takiego jak „dzwon” oraz terminologii, jaką
Igor Witkowski stosował później w kontekście jego historii. Implikacje
były oczywiste:
- Igor Witkowski nie pozyskał informacji o „dzwonie” od żadnego
informatora, który rzekomo zgłosił się do niego w sierpniu 1997 roku,
pragnąc pozostać anonimowym.
- Opisaną po raz pierwszy w 1998 roku historię o „dzwonie” Witkowski
zwyczajnie wymyślił, wykorzystując do tego posiadaną przez siebie
wiedzę.
Jak powstała historia o projekcie Chronos
Wiedzę konieczną do spreparowania historii o „dzwonie” Igor Witkowski zdobył, m.in. przygotowując wydaną w 1997 roku książkę
UFO – przełom?. To właśnie w niej opisał:
- powojenne prace nad generatorami antygrawitacji,
- układ dwóch rotujących w przeciwnych kierunkach elektromagnesów – jako hipotetyczne źródło antygrawitacji,
- konieczność zamknięcia takiego układu wirujących w przeciwnych kierunkach mas w obudowie wykonanej z izolatora,
- trwałe lub czasowe efekty towarzyszące pracy generatora antygrawitacji,
- świecenie atmosfery wokół generatora na skutek jonizacji,
- dźwięk pojawiający się podczas jego pracy (buczenie),
- powodowane przez generator zakłócenia łączności radiowej,
- upośledzanie przez generator pracy układu nerwowego człowieka i innych istot żywych przebywających w pobliżu,
- wykorzystanie do generowania antygrawitacji rtęci.
Na zasadniczy trzon opisu „dzwonu”, który Igor Witkowski
zaprezentował w 1998 roku, składały się więc informacje, które już rok
wcześniej opisał w swojej książce o UFO i napędzie antygrawitacyjnym!
Tylko że wówczas nie dotyczyły one zagadki najtajniejszego projektu III
Rzeszy, a jedynie powojennych badań nad antygrawitacją!
Historia o „dzwonie” dojrzewa
Aby cała opowieść o „dzwonie” była bardziej wiarygodna, Igor
Witkowski umieścił w niej dwie furtki. Jedna sugerowała, że urządzenie
było częścią niemieckiego programu atomowego. Złapało się na nią wielu
czytelników i publicystów, którzy (podobnie jak ja) doszli szybko do
przekonania, że Witkowski błędnie zinterpretował otrzymane informacje,
przypisując je wyimaginowanym pracom nad antygrawitacją. Drugą furtką
było wymyślenie przez Witkowskiego nazwy projektu (Chronos), co w
oczywisty sposób mogło się kojarzyć z czasem.
W efekcie tych zabiegów wielu autorów, zamiast weryfikować
prawdziwość historii, rozważało, czy „dzwon” był generatorem
antygrawitacji, częścią niemieckiej bomby atomowej, czy też… maszyną do
podróży w czasie!
Aby sprawę jeszcze bardziej zagmatwać i uczynić bardziej
kontrowersyjną, a do tego atrakcyjną medialnie, Igor Witkowski, tworząc
historię o „dzwonie”, wkomponował ją w kilka innych legend związanych z
II wojną światową, które od lat elektryzowały miłośników tajemnic. Były
nimi:
- opowieści o latających talerzach Hitlera,
- raporty o obserwacjach tzw. foofighterów,
- pogłoski o ewakuowaniu niemieckiej Wunderwaffe pod koniec II wojny światowej do Argentyny,
- spekulacje na temat wykorzystania podziemi kompleksu „Riese” w Górach Sowich do produkcji Wunderwaffe.

We wszystkich tych tematach Igor Witkowski był już w 1997 roku dobrze
zorientowany. Wszystkie też były wówczas w Polsce bardzo medialne. Dla
przykładu, historia o niemieckich pracach nad antygrawitacją oraz jej
zastosowaniem w latających dyskach stała się w naszym kraju dobrze znana
właśnie w latach 1995–1998. Dużą popularność zyskała zwłaszcza
wśród miłośników zagadki UFO, do których Igor Witkowski bezsprzecznie
należał. Stąd pewnie dobrze ją znał i wiedział, jak duże jest nią
zainteresowanie. W 1996 roku w Polsce dostępna była np. kaseta VHS z
filmem pt.
UFO – tajna broń III Rzeszy w reżyserii Gerda
Burdego. W materiale tym była mowa m.in. o opracowanych rzekomo w III
Rzeszy latających dyskach o kryptonimach
Vril i
Haunebu.
Ich napęd – zgodnie z tym, co podawano w filmie – stanowiła właśnie
sztucznie generowana antygrawitacja. W pierwszych materiałach na temat
„dzwonu” publikowanych w latach 1998–2000 Igor Witkowski wielokrotnie
powoływał się na ten film. Mało tego, twierdził, że na jednym z
rzekomych szkiców Haunebu widać… „dzwon”.
Również temat Gór Sowich nie był Igorowi Witkowskiemu obcy w 1997
roku. Wręcz przeciwnie, w jednej z książek napisał, że jego
zainteresowanie tajemnicami przeszłości zaczęło się w październiku 1986
roku wraz z jego pierwszą wyprawą w Góry Sowie! Najciekawsze jest jednak
to, że w kwestii „Riese” szczególnie aktywny był dla Witkowskiego
właśnie początek 1997 roku! W książce
Moje poszukiwania opisał
badania, które prowadził w Górach Sowich wiosną i latem 1997 roku.
Również z jego innych wspomnień wynika niezbicie, że pierwsza połowa
1997 roku (wiosna) była okresem jego szczególnego zainteresowania
tajemnicami Gór Sowich i zagadką „Riese”. Rok później Witkowski
wykorzystał swoją wiedzę o „Riese”. Wiedząc, jak ważnym punktem na
polskiej mapie zagadek II wojny światowej są Góry Sowie, właśnie w nich
umiejscowił wymyśloną przez siebie historię o „dzwonie”.
* * *
Jedynym źródłem WSZYSTKICH informacji o „dzwonie” jest… Igor
Witkowski, autor całej tej historii. Nie ma innych znanych publicznie
świadków. Nie ma też dokumentów, które można by poddać weryfikacji. Jest
za to kilka faktów, które jasno pokazują, że wszystko to, czym
Witkowski tak intensywnie się interesował w pierwszej połowie 1997 roku
(lub wcześniej), stało się w 1998 roku fragmentem spreparowanej przez
niego historii o „dzwonie”!
Pod koniec września 2011 roku zadzwoniłem do Igora Witkowskiego. W
ciągu minionych kilku lat wielokrotnie rozmawialiśmy telefonicznie o
sprawach związanych z „dzwonem”. Dobrze wiedział, że nie przekonuje mnie
jego wersja z „dzwonem” jako generatorem antygrawitacji. W trakcie tych
rozmów wypytywałem go o różne szczegóły, jednak zawsze dotyczyło to
raczej kwestii przeznaczenia „dzwonu”. Tym razem sytuacja wyglądała
zupełnie inaczej. Wiedziałem już bowiem, że historia ta jest zmyślona.
Spytałem więc, czy mógłbym poznać jego informatora. Okazało się, że jest
to niemożliwe. Oczywiście odpowiedź mnie nie zaskoczyła, bo byłem
przekonany, że żadnego informatora nigdy nie było! Spytałem więc wprost,
czy ma świadomość, że jest jedynym znanym mi, czytelnikom oraz badaczom
źródłem
wszystkich informacji o projekcie Chronos i o „dzwonie”. W odpowiedzi usłyszałem, że
ma tę świadomość. Następnie Igor Witkowski powiedział: „Syndrom Lazara”.
Początkowo pomyślałem, że to jakaś aluzja do mojej książki
Syndrom V-7.
Dopiero jakiś czas później, gdy wróciłem myślami do tej rozmowy,
zrozumiałem, że była to sugestia, że wiarygodność sprawy „dzwonu” jest
identyczna jak wiarygodność twierdzeń Boba Lazara, człowieka podającego
się za byłego pracownika Strefy 51.
Historia Boba Lazara była mi dobrze znana. Poświęciłem jej książkę pt.
Zapomniana tajemnica Strefy 51.
Lazar pojawił się na arenie ufologicznej 14 maja 1989 roku, kiedy w
lokalnym programie informacyjnym nadawanym przez telewizję z Las Vegas
wystąpił pod pseudonimem „Dennis”. Twierdził, że w Strefie 51 zajmował
się rozpracowywaniem napędu antygrawitacyjnego z przejętych po
katastrofach UFO statków obcych. Za sprawą swoich kontrowersyjnych i
mało wiarygodnych opowieści zyskał światową sławę. Czyżby Igor Witkowski
postanowił w 1998 roku pójść w jego ślady? Czy to historia Boba Lazara
podsunęła mu pomysł na mistyfikację?
Przypisy:
1 Witkowski I.,
Prawda o Wunderwaffe, WIS, Warszawa 2002.
2 Ibidem.
3 Witkowski I.,
Supertajne bronie Hitlera (cz. 1), WIS, Warszawa 1998.
4 Witkowski I.,
Supertajne bronie Hitlera (cz. 3)…, s. 7.
5 Witkowski I.,
UFO – przełom?, WIS, Warszawa 1997, s. 83.
6 Ibidem.
7 Witkowski I.,
Nowa prawda o Wunderwaffe, WIS-2, Warszawa 2011.
8 Witkowski I.,
UFO – przełom?,…, s. 94
–95.
9 Witkowski I.,
UFO – przełom?…, s. 97.
10 Ibidem.
11 Witkowski I.,
Moje poszukiwania, WIS-2, Warszawa 2004, s. 5.
12 Ibidem, s. 35.
13 Ibidem, s. 37, 44, 53.
Źródło: www.pogromcymitowhistorii.pl