wtorek, 29 sierpnia 2017

NIESAMOWITE ODKRYCIE - PROCES STARZENIA MOŻNA ODWRÓCIĆ



 
Jakież było moje zdumienie – i rozbawienie – kiedy osiem lat temu po raz pierwszy usłyszałem o Life Extension Foundation – amerykańskiej fundacji zajmującej się (jak sama nazwa wskazuje) badaniami nad możliwościami przedłużenia życia.

Skupia ona badaczy – specjalistów od długowieczności przekonanych o tym, że odkrycia związane z odmładzaniem tkanek przy pomocy komórek macierzystych, naprawą molekularną i wymianą narządów (w drodze transplantacji lub przez organy wyhodowane sztucznie) pewnego dnia pozwolą ludziom żyć wiecznie, ciesząc się dobrym zdrowiem, dzięki ciągłemu i kompletnemu odmładzaniu komórek ciała.

Było dla mnie jasne, że stoi za tym przypominająca sektę banda oszustów żerujących na łatwowierności Amerykanów albo jakiś ekscentryczny miliarder finansujący eksperymenty z zamrażaniem staruszków itp.

Potrzeba było bardzo dużo czasu i wnikliwej lektury na ten temat, żebym zmienił zdanie. Dziś muszę przyznać, że w dziedzinie „odmładzania” dokonuje się wiele BARDZO intrygujących odkryć, które mogą mieć znaczenie dla nas wszystkich, także dla osób, które nie mają ambicji, by wiecznie pozostać wśród żywych...

Dalej opiszę jedną z najbardziej obiecujących – i w gruncie rzeczy dość prostych – technik odmładzania organizmu, mianowicie reaktywację telomerazy.

Wcześniej jednak poświęcę kilka słów rozwojowi medycyny młodości w Stanach Zjednoczonych.

Niewielu Europejczyków zdaje sobie sprawę z totalnej wojny, którą amerykańskie społeczeństwo – zwłaszcza jego średnie i wyższe warstwy – toczy obecnie przeciwko starzeniu się.

Kluby fitness można znaleźć w każdej dzielnicy i na ogół pękają w szwach. Wszyscy biegają, uczestnicząc w odwiecznym wyścigu z czasem i jego wpływem na figurę. Nawet najmniejsze hotele mają świetnie wyposażone siłownie czynne całą dobę, z których niemal bez przerwy korzystają zatrzymujący się tam biznesmeni, mamy z dziećmi i osoby starsze.

We wszystkich sklepach spożywczych i automatach z żywnością można znaleźć produkty „low-carb” (o niskiej zawartości węglowodanów), którymi zajadają się Amerykanie. W restauracji nikogo nie dziwi widok klientów zażywających na początku posiłku jakieś tabletki. Nie są to leki, lecz suplementy diety zawierające minerały, witaminy, niezbędne kwasy tłuszczowe i oligoelementy, które stosują w sposób celowy, aby zapewnić prawidłowe funkcjonowanie narządów.

I trzeba przyznać, że wszystko to przynosi efekty.

W marcu tego roku spacerowałem z moją dziesięcioletnią córką Carine po jednej z plaż na Florydzie, niedaleko Palm Beach. Podczas gdy Carine zbierała muszelki i dziwne, jaskrawo niebieskie meduzy, raz po raz mijały nas grupki emerytów, nawet 85-letnich, w towarzystwie prywatnego trenera.

W szortach i bez koszulek wykonywali na przemian serie pompek, brzuszków, przewroty w przód i w tył, sprint i ćwiczenia z ciężkimi piłkami gimnastycznymi, którymi wykonywali okrężne ruchy wokół ciała, rozwijając refleks, prędkość i masę mięśniową.

Jak się być może Państwo domyślają, staruszkowie Ci mogli się poszczycić wspaniale umięśnionymi i opalonymi torsami, pokaźnymi bicepsami oraz atletycznymi udami i łydkami.

Oszołomieni przysiedliśmy z Carine na plaży, by przyjrzeć się temu spektaklowi.

Nasi atleci, zupełnie niezrażeni publicznością, posyłali nam szerokie uśmiechy i obowiązkowe „Hi, how are you doin’ today?” („Cześć, jak się dziś macie?”), po czym biegli dalej, by nie dać się wyprzedzić jadącym nabrzeżem na rolkach żonom.

Z pewnością nie wszyscy amerykańscy emeryci są tacy – wiele do tego brakuje – ale takie postawy naprawdę mają miejsce i są coraz powszechniejsze. Widok taki może być jednak nieco przygnębiający.

Jeden z moich francuskich kolegów, który zamieszkał w Kalifornii, wyznał mi wręcz, że ta tendencja była jednym z powodów jego decyzji o powrocie do Francji. Czuł się osaczony szerzącą się obsesją na punkcie bycia pięknym, młodym i wysportowanym.

Naturalnie, nie zachęcam Cię, Szanowny Czytelniku, do tego typu przesadnej pogoni za wieczną młodością.

Choć z drugiej strony, czy nie chciałbyś zapoznać się z odkryciem, które ostatnio rozpala umysły naukowców, ponieważ może pozwolić odmłodnieć o wiele lat bez najmniejszego wysiłku i przywrócić wszystkie komórki ciała – między innymi oczu, mózgu i serca – do stanu sprzed kilku dziesięcioleci?

Jeśli Cię to zainteresowało, czytaj, proszę, dalej. Zaznaczam, że piszę to z całkowitą powagą.
Żyć kilkaset lat
Wielu Czytelników Poczty Zdrowia już słyszało o telomerach. To bardzo ważne struktury – trzeba więc wiedzieć, czym są, by zrozumieć, po co i w jaki sposób można teraz dosłownie odmładzać komórki ciała i tym samym odejmować lat narządom.

Jeśli potrafimy odmładzać komórki, teoretycznie oznacza to, że nasze organy (serce, mózg, płuca, a także skóra, oczy, błony bębenkowe uszu) mogą powrócić do stanu sprzed lat. Jednak uwaga: świadomie napisałem „teoretycznie”, ponieważ proces starzenia się człowieka to coś więcej niż tylko starzenie się komórek. (Na przykład komórki nowotworowe, które błyskawicznie się reprodukują, są przecież bardzo „młode”, a jednak prowadzą do zgonu, jeśli pozwoli się im namnażać).

Opiszę teraz to po kolei. Przeprowadzone w laboratorium doświadczenia zakończyły się sukcesem: lekarze wywołali przedwczesne starzenie się u myszy – po miesiącu zmalała ich płodność i zaczęły zapadać na schorzenia wieku starczego, takie jak cukrzyca, osteoporoza i choroby neurodegeneracyjne.

Wtedy doktor DePinho i jego zespół odmłodzili myszy, podając im substancję, o której chcę Ci opowiedzieć. Obkurczone jądra powróciły do wcześniejszych rozmiarów i funkcji. Inne narządy, na przykład śledziona, wątroba czy nerki, uległy regeneracji. Nawet mózg odzyskał dawne rozmiary, choć zdążył się już znacząco zmniejszyć. Komórki nerwowe zaczęły wytwarzać nowe połączenia z innymi komórkami nerwowymi i ponownie podjęły funkcjonowanie.

A więc cóż to za cudowny środek?

Za chwilę to wyjawię, lecz, abyś to mógł dobrze zrozumieć, muszę jeszcze wrócić do wątku telomerów.

Wiesz zapewne, że nasze chromosomy zbudowane są z nici DNA i zwykle przybierają kształt znaku X. Owe nici DNA z kolei składają się z nukleotydów zawierających materiał genetyczny.

Chromosomy maja tendencję do łączenia się z końcami ramion sąsiednich chromosomów, co może powodować szkodliwe mutacje prowadzące do degeneracji i rakowacenia komórek.

Aby temu zapobiec, każde ramię chromosomu wyposażone jest w „nakładkę” ochronną, zwaną telomerem, również zbudowaną z nukleotydów.

Telomery chronią zatem zawarty w chromosomach materiał genetyczny, ale mają też inną ważną funkcję: ułatwiają powielanie DNA, aby umożliwić podział komórkowy, czyli powstawanie nowych komórek.

Im dłuższe telomery, tym lepsza ochrona komórek przed rakiem i tym łatwiej mogą się one reprodukować, tym samym regenerując narządy. To na tej podstawie naukowcy sformułowali teorię, zgodnie z którą, im ktoś ma dłuższe telomery, tym dłużej zachowuje młodość, ponieważ jego narządy mają większą łatwość regeneracji.

Jak na razie wszystko jasne? Doskonale. Tu jednak dochodzimy do problemu związanego z telomerami, ponieważ – jak to w życiu bywa – nie ma rzeczy idealnych.

Problem w tym, że wraz z każdym podziałem komórkowym nasze telomery tracą kilkadziesiąt lub kilkaset nukleotydów. Ludzkie telomery są zaprogramowane na skracanie się o około 100 par zasad przy każdym podziale komórki.

Oznacza to, że wraz z upływem lat nasze telomery stają się coraz krótsze.

Komórki potrzebują coraz więcej czasu, by się podzielić, aż w końcu zupełnie tracą tę zdolność i wchodzą w okres „biologicznego starzenia się”. Jest to eleganckie określenie oznaczające, że komórki są stare i skarłowaciałe. To wówczas zaczynamy zauważać oznaki przyśpieszonego starzenia się naszych narządów.

Ponadto, jak już wiemy, telomery pełnią funkcję ochrony dla naszych genów. Otóż, kiedy ulegają skróceniu, nasz materiał genetyczny jest coraz gorzej chroniony, w związku z czym wzrasta ryzyko przypadkowych mutacji chromosomów oraz zagrożenie nowotworem.

Zaobserwowano również, że krótkie telomery są czynnikiem ryzyka miażdżycy, nadciśnienia, schorzeń układu krążenia, choroby Alzheimera, infekcji, cukrzycy, zespołu metabolicznego oraz raka i ogólnie mają wpływ na globalną umieralność.

Naukowcy przebadali 150 osób w wieku co najmniej 60 lat pod kątem długości telomerów. U osób, u których były one najkrótsze, zachodziło ośmiokrotnie wyższe ryzyko zgonu z powodu choroby zakaźnej i trzykrotnie wyższe z powodu zawału serca. Dlaczego? Ponieważ komórki immunologiczne nie powstają wystarczająco szybko, by skutecznie walczyć z infekcjami.

Tę teorię komórkowego starzenia się w wyniku zużycia telomerów w spektakularny sposób zaprezentowała, wraz z zespołem, w styczniu 1998 roku doktor Andrea Bodnar, związana z kalifornijską spółką Geron Corporation.

Naukowcy wprowadzili do komórek siatkówki, napletka i naczyń krwionośnych preparat wydłużający telomery.

Podczas gdy normalnie śmierć komórki następuje po ściśle określonej liczbie podziałów, komórki, którym zaaplikowano tę substancję, przetrwały rok, zachowując wszystkie właściwości, które miały w pierwszym dniu eksperymentu. Innymi słowy, starzenie się komórek zostało zatrzymane i stały się one nieśmiertelne.

Tak, tak, dobrze przeczytałeś: N-I-E-Ś-M-I-E-R-T-E-L-N-E.

Te wyniki wywołały falę entuzjazmu wśród naukowców z całego świata. Pod ich wpływem profesor medycyny z Uniwersytetu Stanowego Michigan (USA), Michael Fossel, wypowiedział w 2005 r. podczas konferencji na temat długowieczności te zadziwiające słowa:
„Naukowcy zdołali już odmłodzić komórki skóry w laboratorium i potrafimy także odwrócić wszystkie procesy składające się na starzenie się człowieka”. „Polega to na przeprogramowaniu komórek w taki sposób, by zmusić je do funkcjonowania tak, jak wtedy, gdy były młode”. „Nie wiemy, jakie będą granice życia ludzkiego, jeśli cofniemy nasze wewnętrzne zegary, oddziałując na telomery. Osobiście powiedziałbym, że może to by nawet kilkaset lat, ale to naprawę jest jeszcze zgadywanie”.


Istnieje wiele suplementów diety stymulujących wytwarzanie telomerazy, enzymu sprzyjającego wydłużaniu telomerów. Odkrycie telomerazy wywołało prawdziwą rewolucję i przyniosło w 2009 r. nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny dla Elizabeth Blackburn i Carol Greider.

Obecnie wiele prywatnych firm wprowadza na rynek suplementy diety sprzyjające reaktywacji telomerazy.

Nie wolno mi wymienić tu nazw konkretnych produktów, gdyż ze względu na ograniczenia prawne w Europie groziłoby to oskarżeniem mnie o ich reklamowanie lub „nielegalne praktykowanie medycyny”, tudzież farmacji.

Przekazałem Ci jednak najważniejsze hasło, w którym wszystko się kryje: reaktywacja telomerazy. Zdradzę Ci również, że przygotowuję właśnie obszerny raport dotyczący tego fascynującego tematu. Gdy tylko będzie gotowy, poinformuję Cię o tym, gdzie możesz go zdobyć.
A tymczasem, zdrowia życzę!
Jean-Marc Dupuis

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Kłamstwo onkologii zbiera żniwo – czyli łatwe zarabianie na śmierci.




 To pestki moreli

Czy wiesz o tym, że Filipińczycy, Eskimosi, ludność Hunza i wiele innych narodów, które nie są przesiąknięte „cywilizacyjną chemią” nie choruje na nowotwory? Co więcej, choroba ta jest dla nich obca, często nigdy o niej nie słyszeli.
Dlaczego więc ludność Europy jest wręcz dziesiątkowana przez nowotwory? Jak to możliwe, że dzikie zwierzęta nigdy nie zachorują na nowotwór, zaś te, które hodowane są przez ludzi tak? Nie trzeba być specjalistą, aby znaleźć odpowiedz na to pytanie, chociaż pseudonaukowcy udają, że głowią się nad problemem. Wytwarzają leki, które mają na celu nie leczenie, lecz zwiększenie źródła dochodów.
Lek na raka znany jest od wielu lat, a jednak jeszcze wielu ludzi zachoruje i umrze na raka, zanim ktoś pozbawi koncerny farmakologiczne władzy i wyjawi prawdę społeczeństwu. Zwykła ludzka chciwość przyniesie jeszcze wiele rozpaczy osobom chorym na raka i ich bliskim.
Lek na raka jest znany od wielu lat
Sposób odżywiania radykalnie się zmienił. Produkty nie mają już wartości odżywczych. Niegdyś jedząc wprowadzaliśmy do swego organizmu witaminy i minerały, dziś żywność skażona jest chemią, która nie tylko nie dostarcza witamin, ale wręcz działa negatywnie na organizm. Niezwykle istotną witaminą, którą można uznać za doskonały sposób zapobiegania i leczenia nowotworów jest witamina B17.
Wedle doktora Burke’a powinna zostać użyta do niszczenia komórek rakowych. W jednym z wywiadów wypowiada się, iż: „kiedy dodajemy Laetrill (witamina b17 w swojej skoncentrowanej postaci) do kultur rakowych pod mikroskopem możemy zobaczyć, ze komórki rakowe wymierają jak muchy’.
Drastyczny wzrost zachorowalności na nowotwory ma ścisły związek z niedoborem witaminy B17. Wniosek ten już w latach 50tych wysunął Dr. Krebsa, jednak szybko został wyparty i uznany za niedorzeczny przez koncerny farmakologiczne. Niestety to błąd, albowiem w dalszym ciągu, zaniechanie badań nad witaminą B17 doprowadza do śmierci miliony ludzi na świecie.
Amigdalina, a w swojej skoncentrowanej i oczyszczonej formie oddziałuje na komórki rakowe, nie niszcząc przy tym zdrowych. Ma, więc działanie przeciwstawne aniżeli chemioterapia, albowiem metoda ta niszczy zarówno dobre jak i złe komórki, osłabia organizm a tym samym nie ma on siły podjąć walki.
Skuteczność chemioterapii wynosi jedynie 2 % i wielu twierdzi, że spowodowała więcej śmierci aniżeli sam rak.
B17 zapomniany lek na raka
Leatrile, amigdalina to nazwy, pod którymi można spotkać witaminę B17.
Na pewno z ironią pomyślisz, w jaki sposób zwykła witaminka jest wstanie zwalczyć tak groźną chorobę jak nowotwór? Jest to możliwe, albowiem molekuły, jakie zawiera w sobie witamina B17 mają cztery ważne składniki. Są to dwa rodzaje glukozy, aldehyd benzoesowy, cyjanek. Warto wspomnieć o cyjanku, o którym możesz pomyśleć, że przecież jest toksyczny. Jest tak wówczas, kiedy ma postać gazową i kwasową. W chwili, kiedy jest on zamknięty w formie molekularnej nie jest już cyjankiem, lecz amigdaliną. Amigdalina jest w tej postaci nie tylko całkowicie niegroźna, ale ma zdolność z rewelacyjnym skutkiem zwalczać choroby nowotworowe.
Jak witamina B17 walczy z rakiem?
Witamina B17 uchodzi za znakomitego pogromcę raka, niestety wypartego przez współczesną chemioterapię. Przenoszona jest przez krew a dzięki temu może dotrzeć do każdego zakamarka w organizmie. W chwili, kiedy pojawiają się komórki rakowe, witamina B17 może dotrzeć do każdej z nich. Naturalnie wiemy, że amigdalina zawiera toksyczne substancje w postaci cyjanku oraz aldehydu benzoesowego. Nie zagrażają one zdrowym komórkom, ponieważ są zamknięte.
Aby amigdalina mogła zacząć działać na komórki rakowe musimy wykorzystać substancję, jaką jest beta-glukozydaza. Jest to enzym otwierający odkryty przez Edwarda Griffina. Warto wiedzieć, że znajduje się ona tylko wyłącznie w komórkach rakowych. Docierając do komórki rakowej beta-glukozydaza otwiera ją, a tym samym komórka rakowa ulega zniszczeniu.
Czy istnieje ryzyko przedostania się cyjanku do zdrowej komórki? Tak, ale w takiej sytuacji również nie będzie to dla niej szkodą, albowiem w zdrowej komórce znajduje się substancja chroniąca, czyli rodanaza. Jedyne więc czego potrzebujemy aby uchronić się przed rakiem jest dieta bogata w witaminę B17.
Najważniejsze źródła witaminy B17
Pestki moreli Pestki wiśni Pestki jabłka Pestki nektarynki i brzoskwini Pestki śliwy
Udowodniono, że witamina B17 znajduje się w ogromnej ilości jadalnych roślin. Rośliny i owoce, które ją zawierają mają gorzki smak, albowiem uwalnia się cyjanek i aldehyd benzoesowy. Wiele traw szerokolistnych również zawiera witaminę B17 przez co chore na nowotwory zwierzęta, niejako instynktownie ją wybierają.
Medialny zakaz jedzenia pestek?
Kilkakrotnie spotkałam się z informacją, a raczej apelem w mediach aby nie spożywać pestek brzoskwini, ponieważ są one trujące. Okazuje się, że jest to jedynie część prawdy, jaką karmią nas prasa, czy TV. G. Edward Griffin twierdzi, że zjedzenie nadmiernej ilości pestek brzoskwini może objawić się negatywnymi skutkami – bólem głowy, czy też wymiotami. Jednak umiar należy zachować zawsze. Jeśli będziemy regularnie jeść pestki wymienionych owoców, lecz nie przekraczać dawki pięciu dziennie, nie tylko nie zauważymy żadnych negatywnych objawów, lecz skutecznie zniszczymy komórki rakowe.
Witamina B17 we współczesnej żywności
Mimo, że współczesna żywność cechuje się pysznym smakiem, piękną konsystencją, to zawiera substancje szkodliwe, E, które powodują, że z roku na rok zwiększa się współczynnik zachorowań na raka. Przyczyną szerzenia się nowotworów, jest również zanieczyszczenie środowiska, powietrza, wody. Żywność niemalże nie zawiera witaminy B17, a tylko ona jest skuteczna w walce z rakiem.
Zaznaczyć należy, że witamina B17 nie zawsze może odnieść pozytywny skutek u każdego chorego pacjenta. Jeśli uprzednio stosowana była chemioterapia, radioterapia, a organizm jest po prostu wyniszczony, szacuje się, że metoda leczenia witaminą B17 przynosi skutek u około 25 % pacjentów. Rzec jednak można, że jest to i tak sporo, jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, że osoby te dopiero zaczynają terapię witaminą B17 kiedy już chemioterapia i leki nie dają im szans na przeżycie.
Zakaz stosowania witaminy B17
Jeśli zagłębimy się w historię okaże się że już w 1952 roku udowodniono iż witamina B17 walczy skutecznie z rakiem. Niestety, aż do dnia dzisiejszego, wszelkie metody które są przeciwstawne chemioterapii uważane są za szarlataństwo, znachorstwo. To skutek wypranych mózgów na studiach onkologicznych. Żaden lekarz nie przyzna, że metoda leczenia chemioterapią nie tylko nie jest skuteczna, ale również powoduje wyniszczenie organizmu, a w rezultacie śmierć. Chemioterapia daje nam 2 % szansę na wyzdrowienie i to tylko wówczas kiedy nasz organizm jest bardzo silny i oprze się jej wszystkim negatywnym skutkom.
Czy jednak lekarz onkolog sam chorując na raka poddałby się chemioterapii – czy szukał innego rozwiązania?
Ludzka wiedza w zakresie medycyny naturalnej na ogół jest znikoma. Jeśli w naszym organizmie pojawiają się komórki rakowe poddajemy się chemioterapii mając nadzieję na wyleczenie i nie wiedząc, że w zasadzie sobie szkodzimy, a zadziałać można w bardzo prosty sposób. Obecnie lekarze, którzy zdecydowali się podjąć kurację witaminą B17 są wyśmiewani, tracą dyplomy, są uznawani za niepoczytalnych. Dlaczego – skoro metoda jest skuteczna? A no dlatego, że KOMUŚ zależy aby amigdalina nie została uznana za lek lepszy od chemioterapii.
Zakaz koncernów farmakologicznych stosowania amigdaliny
Amigdaliny boi się koncern farmakologiczny, albowiem uznając ją za lek zwalczający raka straci swoje ogromne, dotychczasowe źródło dochodów. Okazuje się, że rak przynosi każdego roku dochód około 160 mld. Po co tracić taką sumę, stosując naturalny, skuteczny lek, którego nie można opatentować, sprzedawać i dorobić się na nim wielkiej kwoty, kosztem zdrowia i życia ludzi na całym niemal świecie?
Prawdziwa, zatajona historia chemioterapii sięga wielu lat, a za całą sprawą stoi rodzina Rockefeller-ów. Owa najbogatsza rodzina w USA przejęła pełną kontrolę nad rynkiem farmakologicznym oraz szkołami medycznymi. Uformowała strategiczne partnerstwa z wpływowymi firmami chemicznymi, farmakologicznymi, a tym samym stworzyła kartele którym na ogół trudno się przeciwstawić.
Rockefeller już w czasie II wojny światowej sponsorował poczynania Hitlera, jednakże unikał aby jego nazwisko było kojarzone z lekami, farmakologią. Wspomagał finansowo szkoły medyczne w USA które były niegdyś na bardzo niskim poziomie, w zamian jednak za osadzenie członków swojej rodziny w ich zarządach.
Owo przejęcie władzy tragiczne jest w skutkach do tej pory. Chemioterapia jest czystym zyskiem dla rodziny Rockefellera, zaś kartery z nim powiązane nie zatwierdzają wielu nowych leków w postaci naturalnej, które to nie przynosiłyby dochodów. Umiera ogromna ilość ludzi tylko dlatego, że koncerny farmakologiczne opanowane są chęcią zysku.
Dodatkowo jednym z nader negatywnych skutków jest to, że lekarze wykształceni na uczelniach, przekonani są że metody, których ich wyuczono są słuszne, przynoszą dobro człowiekowi. Nie dopuszczają możliwości że leki naturalne są o wiele bardziej skuteczne, a co więcej bezpieczne dla organizmu.
Obecnie przemysł rakowy wciąż rozwija się. Pracuje w nim ogromna ilość osób, zaś co roku odnotowywane są miliardowe zyski. Efektem jest cierpienie i śmierć ludzi, którym odebrano możliwość leczenia się naprawdę skutecznymi lekami, zawierającymi witaminę B17. Kartele farmakologiczne nigdy nie pozwolą na to aby jedna witaminka zrujnowała całą branżę, branżę pełną dorobku na kłamstwie. Obecnie rynek leków boi się amigdaliny dlatego przekonuje się ludzi że jest ona szkodliwa, nie leczy raka. Jednak wystarczy zagłębić się nieco w temat, aby przekonać się, że wielu ludzi leczących się tą metodą odniosło sukces jakim jest ZDROWIE.
Europa nie śmie zbuntować się przeciwko kłamstwu, wciąż bowiem liczy na finansową pomoc USA. Wielu lekarzy, którzy próbowali obalić teorię skutecznej chemioterapii i nieskutecznej B17 uznanych zostało za szarlatanów, znachorów, a jednak umieją oni pomagać ludziom. Co więcej, pomagają skuteczniej aniżeli onkolodzy stosujący chemioterapię.
Warto byłoby dać szansę wyboru metody leczenia samemu pacjentowi.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Jesteście z Duszą jednością.



Jesteście z Duszą jednością. Dobre samopoczucie Duszy, to komfort Twojego podróżowania przez doświadczenie, podróżowania przez życie. Jak sprawić Duszy przyjemność? Jak spowodować, by Ona czuła się dobrze z nami? Oto kilka wskazówek.
Zdrowie Duszy

Duchowość jest prosta. Duchowość jest życiem z poziomu serca. Perspektywa serca jest tą perspektywą, która pozwala Duszy czuć się dobrze z nami. Człowiek, który żyje zgodnie z prowadzeniem serca posiada zdrową, silną, wysoko-wibracyjną Duszę. Dobry stan Duszy przejawia się w życiu wcielenia. Jesteś Duszą. Jej dobra kondycja, to Twoje wewnętrzne szczęście, połączenie z Bogiem i wynikająca z tego radość i moc dziecka bożego. To także zdrowie ciała fizycznego, ciał aurycznych, to obfitość w każdej dziedzinie istnienia.
Jak sprawić, żeby Dusza czuła się dobrze z nami, żeby była zdrowa, silna pełna witalności? Zasada jest prosta: wszystko to, co sprawia przyjemność i radość sercu służy Duszy. Oto kilka podstawowych witamin Duszy.
PRZYRODA - Przebywając w przyrodzie pozwalasz Duszy na oczyszczanie się w polu Ziemi i uzupełnianie żywiołów. Najlepiej służą temu miejsca, gdzie masz jednoczesny dostęp do pięciu żywiołów, z których zbudowana jest Dusza (woda, ziemia, ogień, powietrze, przestrzeń). Przyjmowanie żywiołów w stanie surowym umożliwia Duszy/Tobie zanurzenie się w uzdrawiających i wzmacniających energiach Ziemi. Wszystko, co jest nam potrzebne do harmonijnego życia TU zostało nam dane. Kwestia tego, by się na to otworzyć, dostroić się. Żywioły można także przyjmować przez medytację. Uczą tego starożytne tybetańskie nauki BON.
MUZYKA - jest jednym z trzech podstawowych lekarstw Duszy, obok ruchu i opowieści (kreacja). Częste słuchanie ulubionych utworów, wprawia w dobry nastrój nas samych, odpręża i cieszy naszą Duszę. Cały Wszechświat oparty jest na wibracjach o określonych częstotliwościach, czyli jest dźwiękiem. Wszystko co istnieje posiada swoje unikalne wibracje - nadaje na danej częstotliwości. Także myśli i słowa. Muzyka to wibracje, wibracje to energia. A my jesteśmy najpierw energią, później materią, która także jest energią, tylko zatrzymaną w zagęszczonej formie. Najlepiej służy Duszy muzyka o częstotliwościach 432 Hz. Jest to naturalna, pierwotna częstotliwość nazywana także częstotliwością kosmiczną. Jest dźwiękiem uzdrawiającym. Wszystkie odgłosy przyrody np. szum drzew, śpiew ptaków, szum płynącej wody, brzęczenie owadów mają częstotliwość 432 Hz.
KREACJA - jest sposobem na przejawienie się Duszy. Wszystko to, co tworzysz z poziomu serca jest przejawem Boskiej Kreacji w Tobie. Rękodzieło, malarstwo, opowieści, konstruowanie najlepiej z zachowaniem zasad boskiej geometrii.
CISZA - Dusze nie lubią chaosu, nie lubią tłumów. Panuje tam duszność energetyczna, która jest dla nich i dla nas samych niekorzystna. Człowiek żyjący w połączeniu z Duszą, kocha samotność, lubi przestrzeń i ciszę. Ne boi się zatrzymać i nic nie robić. Tak może w sposób niezakłócony wglądać w siebie, słuchać głosu Serca/Duszy/Ziemi/ Boga w nim samym.
SAMOTNOŚĆ - Dusze kochają samotność. Na pewnym etapie życia z Duszą poszukujesz samotności. Życie z Duszą to życie w wewnętrznej ciszy. To bycie na obrzeżach społeczności i systemu. Samotność i cisza to są te przestrzenie, w których Dusza w sposób niezakłócony może się rozwijać i komunikować ze świadomością wcielenia.
RUCH - Dusze uwielbiają wszelki ruch, który jest zgodny z przestrzenią serca. Ruch, zmiany, wiatr pozwalają Duszy się rozwijać. Taniec jako ekspresja ciała i Duszy, podróże pozwalające na doświadczanie różnorodności życia, fizyczna aktywność ciała, kontakt ze zwierzętami, z przyrodą. Chodzi tu o każdą aktywność, która sprawia nam radość i satysfakcję z poziomu serca.
W świadomym doświadczaniu z Duszą kieruj się tym, co podpowiada Ci serce. Otwórz się i nie przejmuj, jeśli to co przychodzi jest niezgodne z ogólnie przyjętymi normami. Często jest tak, że droga serca/ prowadzenie Duszy jest ścieżką indywidualną. System kocha zbiorowość. Ma jedno podstawowe zadanie: odciągać nas od siebie. Droga z Duszą prowadzi w kierunku odwrotnym: do centrum.
W drodze z Duszą przyda się elastyczność, otwartość umysłu, spora doza odwagi i do perfekcji opanowana sztuka integracji. Na tym polega świadome życie w Matriksie. Nie stresuj się, kiedy któregoś z tych aspektów brak Ci na ten czas. Pracuj nad sobą wytrwale. Świadome życie TU, to proces, który nigdy się nie kończy. Rozwijasz się, poszerzasz w co raz to innych, nowych płaszczyznach/ aspektach siebie samego.
Jesteś istotą wielowymiarową. Istnienie jest przygodą, także wielowymiarową. Żaden z aspektów Ciebie samego, choć pozornie sprzeczny z innymi nie wyklucza się. Życie to sztuka swobodnego płynięcia w tym, co przychodzi. Istnienie to sztuka integracji tego, co pozornie jest nie do pogodzenia. Integruj w sobie różnorodność. Podążaj ku osobistej pełni, ku całości.
Niech małe kroczki, doprowadzą Cię do wielkich zmian. Czego Ci z Duszką serdecznie życzymy.
Wytrwałości i mocy serca.
 http://www.w-przestrzeni-serca.pl/dusza/128-zdrowie-duszy-czyli-co-lubia-dusze.html

sobota, 26 sierpnia 2017

Entomolog odkrywa antygrawitację – 1

OD ENERGOGEOMETRII DO ANTYGRAWITACJI
W świadomości psychotroników, różdżkarzy, bioenergoterapeutów i w ogóle osób interesujących się parapsychologią od lat funkcjonuje pojęcie „promieniowanie kształtu”, którego istnienia z różnych przyczyn – według mnie zupełnie nieuzasadnionych – uparcie nie chce przyjąć do wiadomości oficjalna, tj. akademicka, nauka. Jest to o tyle niezrozumiałe, że przecież każdy pierwiastek chemiczny we wszechświecie łączy się z innymi poprzez określone wiązania, które tworzą takie a nie inne kąty. Na przykład dwa atomy wodoru połączone z atomem tlenu tworzą swymi wiązaniami kąt około 108 stopni (cząsteczka wody). Ta sama zasada dotyczy wszystkich związków chemicznych. Reasumując: bez określonej struktury przestrzennej żaden związek chemiczny nie miałby swoich indywidualnych właściwości oraz zdolności reagowania w sensie chemicznym, utraciłby też właściwości fizyczne, jakimi charakteryzują się na przykład kryształy, gdzie prawo kątów stałych jest zasadniczą regułą. Jeżeli teraz przypomnę, że kryształy stanowią grubo ponad 90 procent masy wszechświata, to dla Czytelnika staną się zbyteczne długie wywody o znaczeniu geometrii w przepływie energii, ponieważ jest to sprawa oczywista.
Tymczasem luminarze oficjalnej nauki, często nie potrafiąc przełamać stereotypów myślowych, wolą zaprzeczać nowym odkryciom, zwłaszcza w biologii i fizyce, zarzucając niektórym odkrywcom i wynalazcom „mistycyzm” i „pseudonaukowe eksperymenty”. Takim opiniom towarzyszy niekiedy brak dokładnej weryfikacji wyników badań. Mało jest badaczy o interdyscyplinarnym zacięciu i prawdziwym zamiłowaniu do nauki. Takim badaczem-samoukiem był mój zmarły przyjaciel, dziennikarz radiowy i publicysta, badacz piramid, z zamiłowania matematyk, redaktor Jan Grzędzielski, którego hobby było badanie związku między „złotą proporcją” a energią kształtu. Dzięki niemu zacząłem rozumieć, czym może być geometria i harmonijne proporcje, jaką wielką rolę odgrywa tak zwany ciąg Fibonacciego w dziełach sztuki ludzkiej i biologii, a także w astronomii. Jeździliśmy kilka razy na konferencje poświęcone tematyce „złotego podziału” do Kijowa i Winnicy na Ukrainie, gdzie tłumaczyłem na język rosyjski jego referaty. Były jednymi z najciekawszych. Zmarły w roku 1997 redaktor Jan Grzędzielski zebrał w ciągu blisko trzydziestu lat najwięcej bodaj przykładów „złotej proporcji” w przyrodzie i jako pierwszy w Polsce wykazał, że kształty geometryczne i tworzące je określone optymalne proporcje dają w wyniku nie tylko to, co nazywa się „wrażeniem estetycznym” i co jest nieodzownym atrybutem człowieka kulturalnego, ale też nie mniej ważny „optymalny efekt energetyczny” o czysto fizycznych skutkach.
„Energetyczno-geometryczny kod przyrody” – niepozorna broszurka wydana w roku 1986 przez Jana Grzędzielskiego, mojego pierwszego pozaszkolnego nauczyciela i  mentora w  wieku dorosłym, otworzyła mi oczy na jedność zjawisk przyrody i  konieczność interdyscyplinarnego ich badania, konieczność odrzucenia wyidealizowanych wzorców w nauce i  zastąpienia ich żywymi wzorami zaczerpniętymi z żywej Przyrody.
Moim drugim nauczycielem Przyrody, którego poznałem podczas podróży do Rosji w roku 1990, a konkretnie do Nowosybirska, był entomolog i artysta malarz, niestrudzony badacz i pisarz Wiktor Stiepanowicz Grebiennikow (1927–2001). On to otworzył przede mną zadziwiający świat owadów poprzez piękno swojej Sztuki, po prostu nauczył mnie patrzeć na Przyrodę. Człowiek ten, w latach powojennych represjonowany przez stalinowski reżim, w zdumiewający sposób łączył swoje zamiłowanie do świata owadów z malarstwem oraz zacięciem naukowym i wynalazczym. Ten na wskroś renesansowy umysł łączył w sobie zainteresowanie wszystkimi naukami przyrodniczymi – fizyką, astronomią, biologią – z głębokim humanizmem, przenikliwością i wiedzą. Był nauczycielem młodzieży z ponad 60-letnią praktyką, cenionym pedagogiem i – użyję tego nieco niemodnego, lecz trafnego określenia – zacnym, dobrym człowiekiem. W pamięci przyjaciół pozostał jako twórca wielu wyjątkowych, jedynych w swoim rodzaju, rezerwatów owadów i kompleksów przyrodniczych, takich jak na przykład reliktowy step (stepy zostały za czasów ZSRR zaorane, a entomofauna w dużej części wyginęła), a także założyciel Muzeum Agroekologii i Ochrony Przyrody w Krasnoobsku pod Nowosybirskiem. To muzeum nie tylko prezentuje tysiące spreparowanych owadów w gablotach, ale też ich barwne wizerunki, które autor malował w różnych ujęciach, malując częstokroć przez lupę… Pracując razem ze swoim synem Sergiejem – również artystą malarzem – Grebiennikow stworzył trójwymiarowy pomnik przyrody – przepiękną Panoramę Stepu Reliktowego, tak zwaną Sferoramę, którą można obejrzeć w Muzeum.
Dla Czytelników „Nexusa” niewątpliwie najciekawszą rzeczą będzie jednak chyba część psychotroniczna Muzeum W. Grebiennikowa, jego przyrządy do badania promieniowań natury biologicznej, a ściślej bioenergogeometrycznych, a także same struktury geometryczne wywołujące wyraźne energetyczne efekty. Co to za przyrządy i jakie to struktury? – zapyta pewnie Czytelnik, który dobrze wie o działaniu „energii piramid” i ich modeli.
Pierwszy przyrząd to wskaźnik obecności promieniowań żywych organizmów: kolba z podwieszoną u góry pajęczą nicią i zawieszonym na niej ukośnie drewienkiem lub kawałkiem węgla do rysowania. Na dnie naczynia jest nieco wody w celu eliminacji elektrostatyki występującej w suchym powietrzu. Podszedłem do „kolby” na odległość 2–3 metrów i „wskazówka” z węgla zwróciła się w moją stronę, obracając się o jakieś 40 stopni. To samo zaobserwowały inne osoby. Drugim przyrządem psychotronicznym jest neutralizator bólu głowy umieszczony na stojaku nad krzesłem złożony z kilku ramek pszczelich plastrów. Nic nie jest w stanie przekazać niezwykłych odczuć człowieka trzymającego głowę pod neutralizatorem…
W muzeum można obejrzeć także „wykrywacze sztormu” – dwa słoje ze specjalnym roztworem, który zmienia stan skupienia pod wpływem zmiany pogody. Ciekawość zwiedzających budzą też gniazda pszczół ziemnych – grudki gliny z otworkami komórek lęgowych… Grebiennikow polecił mi przystawić rękę do porowatej grudki: odczułem coś w rodzaju kłucia, ciepła, a następnie chłodnego powiewu. Nieco dalej stał bęben obwiedziony metalowymi obręczami z tysiącem pionowych rurek z papieru gazetowego – każda miała średnicę ołówka… Dłoń nad tym, jak się okazało, sztucznym gniazdem dla pszczół miesierek, budujących gniazda z naciętych liści lucerny, odbierała podobne, niezwykłe wrażenia. A jakie, o tym Czytelnik dowie się z zamieszczonego w dalszej części piątego rozdziału książki Grebiennikowa „Mój świat”. Najbardziej istotna jest informacja, że na charakter odkrytej formy promieniowania nie miał wpływu materiał komórek plastrów (rurek), lecz rozmieszczenie, kształt i ilość dziurek (porów, rurek), a więc geometria w czystej postaci. Tego typu struktury potrafią bardzo źle wpływać na stan zdrowia człowieka i wcale nie muszą to być gniazda owadów (na przykład stare, puste gniazda os) – mogą to być sztuczne twory ludzkie, którymi człowiek się otacza, nieświadomy płynących z nich zagrożeń. Struktury-emitery EPS powodują na przykład lokalną zmianę czasu oraz hamują w pewnych warunkach kiełkowanie nasion roślin…
Promieniowanie odkryte w strukturach geometrycznych plastrów pszczół ziemnych, nazwane Efektem Porowatych Struktur (a dokładniej struktur rurkowato-komórkowo-porowatych), w skrócie EPS, zostało stwierdzone także u pszczoły miodnej, trzmieli, w końcu zaś autor udowodnił, że jego emiterami są także chitynowe części organizmów owadów…
Odkrycie EPS już obecnie można uznać za epokowy przełom w naukach przyrodniczych, ponieważ stało się ono punktem wyjścia do przypadkowego odkrycia bioantygrawitacji u owadów, a następnie do zastosowania tego zjawiska w skonstruowanym przez Grebiennikowa jeszcze przed rokiem 1990 grawitoplanie. Próby wynalazku odbywały się w głębokiej tajemnicy. Autor ujawnia wiele szczegółów w książce „Mój świat”, jednak dla większości Czytelników jest ona niedostępna, gdyż wydano ją w Nowosybirsku w roku 1997 w nakładzie zaledwie 3000 egzemplarzy i… cały nakład jakby zniknął spod lady. Dzięki życzliwości syna Grebiennikowa otrzymałem jeden egzemplarz autorski, na podstawie którego dokonałem przekładu piątego rozdziału zatytułowanego „Lot” zamieszczonego poniżej. Prócz zadziwiających parametrów technicznych, prędkości 25–40 km/min., grawitoplan Grebiennikowa miał dziwną własność – pojawiał się w zdeformowanej formie bądź znikał z pola widzenia, podobnie jak UFO… O tym, w jakich celach był używany przez samego Wynalazcę, Czytelnicy dowiedzą się z lektury przełożonego przeze mnie wspomnianego rozdziału „Mojego świata”.
Wiktor Stiepanowicz Grebiennikow
Tym, którzy interesują się energią orgonową i akumulatorami orgonowymi Wilhelma Reicha, zwracam uwagę na szereg analogii między orgonem Reicha a EPS Grebiennikowa. Ponadto nie mogę pominąć naszego słynnego, zapomnianego już rodaka, wynalazcy ze Lwowa, inż. Franciszka de Welehrad Rychnowskiego, który odkrył „Eteroid” – promieniowanie będące najprawdopodobniej odpowiednikiem orgonu Reicha, lecz uzyskiwanym w odmienny sposób. Wskazują na to rezultaty badań podane przez trzech wymienionych autorów.
Zainteresowanych książką W. Grebiennikowa „Mój świat”, która jest twórczą biografią i zarazem testamentem autora, pragnę poinformować, że jest ona aktualnie tłumaczona i będzie wydana w Polsce. Jest w niej wiele informacji godnych przemyślenia i rozszyfrowania, a także przesłanie adresowane do wszystkich ludzi. Mam nadzieję, że okaże się ono dla Czytelników nie mniej ważne niż sam wynalazek, traktowany przez wielu ludzi jako wytwór fantazji autora…
Wszystkich, którzy pragną podzielić się ze mną swymi uwagami na temat dzieła W. Grebiennikowa, proszę o listy kierowane na adres poczty elektronicznej: Oblok_Magellana@op.pl.
Autorstwo wstępu: Waldemar Gajewski
* * *
Cichy stepowy wieczór. Miedzianoczerwony dysk słońca dotknął już dalekiego mglistego horyzontu. Do domu wyruszać za późno – zatrzymałem się tutaj w swoich owadzich sprawach i układam do snu. Dobrze, że w manierce mam jeszcze wodę i „Detę” przeciw komarom, która jest tu nieodzowna – na stromym brzegu słonego jeziora tych dokuczliwych natrętów jest bez liku.
Rzecz dzieje się na stepie w Kamyszłowskiej Dolinie – pozostałości dawnego potężnego dopływu Irtysza, który na skutek zaorania stepów przeobraził się w głębokie i szerokie koryto z łańcuszkiem takich właśnie słonych jezior.
Jest bezwietrznie – nie drgnie nawet źdźbło trawy. Na wieczornym niebie nad jeziorem przemykają stadka dzikich kaczek, słychać też poświstywanie czajek. Wysoki perłowy nieboskłon pochylił się nad cichnącym bezmiarem stepu. Jakże tu błogo, na wolnej przestrzeni!
Układam się nad samą skarpą na trawiastej polance, rozściełam płaszcz i kładę pod głowę plecak. Przed położeniem się zbieram kilka suchych krowich placków, układam je w stosik, podpalam i oto romantyczny, niezapomniany zapach niebieskawego dymu powoli ściele się po zasypiającym stepie. Kładę się na swoim niewyszukanym łożu i z lubością rozprostowuję zmęczone w ciągu dnia nogi, czując przedsmak jeszcze jednej – co nieczęsto mi się zdarza – wspaniałej stepowej nocy.
Błękitny dym unosi mnie do Krainy Baśni i szybko zapadam w sen: staję się mały, maleńki jak mrówka, a zaraz potem ogromny jak całe niebo – teraz już powinienem zasnąć. Dlaczego jednak dzisiaj te pozorne „przedsenne zmiany” wielkości mojego ciała są jakieś niezwykłe, nadzwyczaj silne. I oto dochodzi do nich coś nowego: wrażenie spadania, jak gdyby ktoś błyskawicznie usunął spode mnie ów wysoki brzeg i jakbym spadał w jakąś nieznaną, straszną otchłań!
Nagle zamigotały jakieś rozbłyski, otwieram oczy, lecz błyski nie znikają – pląsają po srebrzystoperłowym wieczornym niebie, po jeziorze, po trawie.
Pojawił się ostry metaliczny posmak w ustach, zupełnie jakbym przyłożył do języka styki silnej bateryjki. W uszach zaszumiało. Wyraźnie słyszę podwójne uderzenia własnego serca.
I jak tu zasnąć!
Siadam i próbuję odegnać te nieprzyjemne odczucia, lecz nic z tego nie wychodzi, tylko rozbłyski w oczach. Szerokie i rozmyte pasma przekształciły się w wąskie, wyraziste, ni to iskry, ni to łańcuszki, które przeszkadzają patrzeć dookoła.
I wówczas przypomniałem sobie, że bardzo podobne wrażenia odczuwałem kilka lat temu w  Zagajniku, a  dokładniej w Zaklętym Lesie!
Musiałem wstać i  pochodzić po brzegu. Czy wszędzie jest coś takiego?
O, tutaj, metr od urwiska wyraźnie daje się odczuć to „coś”, oddalam się na dziesięć metrów w głąb stepu i to „coś” najwyraźniej znika.
Obleciał mnie strach. Oto ja sam na stepowym odludziu, nad „Zaklętym Jeziorem”… Zebrać manatki i byle dalej stąd… Jednak ciekawość bierze tym razem górę. Cóż to znowu, u licha? Może to podziałał tak na mnie zapach jeziora, wodorostów? Schodzę w dół, do stóp urwiska, i siadam nad wodą na wielkiej bryle gliny. Gęsty, słodkawy zapach sapropelu (przegniłych resztek wodorostów) spowija mnie niczym borowinowe błoto w  zakładzie przyrodoleczniczym. Siedzę pięć, dziesięć minut, ale nic nieprzyjemnego nie odczuwam, zatem pasowałoby gdzieś tutaj ułożyć się do snu, lecz tu, na dole, jest za duża wilgoć.
Wdrapuję się na szczyt urwiska i  znów ta sama historia! Zawroty głowy, „galwaniczny” kwas w ustach i jak gdyby zmieniała się moja waga – raz jestem niesłychanie lekki, to znów na odwrót – niesłychanie ciężki. W oczach znowu zamigotały kolorowe iskry…
Nie mogłem tego pojąć. Jeśli to rzeczywiście było „miejsce zguby”, jakaś feralna anomalia, to wtedy tu, na górze, nie rosłaby ta bujna trawa i nie gnieździłyby się te ogromne pszczoły, których norkami było upstrzone strome gliniaste urwisko. Przecież szykowałem się do noclegu akurat nad ich podziemnym „pszczołogrodem”, którego wnętrze kryje mnóstwo przejść, komór, larw, poczwarek, żywych i zdrowych.
A jednak tamtym razem niczego nie pojąłem. Niewyspany, z ociężałą głową, wczesnym letnim rankiem powędrowałem, jeszcze nim wzeszło słońce, w stronę traktu, by przygodnym samochodem dojechać do Isilkulu.
Tamtego lata nad Zaklętym Jeziorem byłem jeszcze cztery razy o różnych porach dnia i w różną pogodę. Pod koniec lata moje pszczoły wylatywały stąd w niewiarygodnych ilościach, dostarczając skądś do norek jasnożółty pyłek kwiatowy – jednym słowem miały się znakomicie, czego nie można było powiedzieć o mnie w odległości jednego metra od urwiska, gdzie dawał o sobie znać wyraźny „zespół” jak najgorszych odczuć, których nie miałem z kolei w odległości pięciu metrów…
I znowu niedowierzanie – a dlaczego to właśnie w tym miejscu mają się dobrze rośliny i  te gnieżdżące się tutaj w wielkiej mnogości pszczoły? Do tego stopnia, że urwisko jest tak upstrzone ich norkami, że wygląda – nie przymierzając – jak szwajcarski ser, a miejscami prawie jak gąbka.
Pszczoła ziemna smuklik (Halicta quadricincta) – owad, który naprowadził autora na odkrycie efektu porowatych struktur.
Rozwiązanie tej zagadki przyszło wiele lat później, kiedy „pszczołogród” w Kamyszłowskiej Dolinie uległ zagładzie. Orne pola podeszły pod samą skarpę, która z tego powodu oberwała się. Teraz nie ma tam żadnej norki ani źdźbła trawy, jest za to ogromne, paskudne zwałowisko. Pozostała mi jedynie garstka starych glinianych ułomków – szczątków tych gniazd – z licznymi komórkami-dzbanuszkami. Komórki były rozmieszczone jedna obok drugiej i przypominały malusieńkie naparstki, a właściwie dzbanuszki o łagodnie zwężających się szyjkach. Wiedziałem już, że te pszczoły należą do gatunku smuklików (Halicta quadricincta) – „haliktów czteropasmówek” od liczby jasnych prążków na wydłużonych brzuszkach.
Na moim roboczym stole zastawionym przyrządami, gniazdami mrówek, polnych koników, kolbami z odczynnikami i innymi szpargałami znajdowała się szeroka misa wypełniona tymi pokrytymi dziurkami kawałkami gliny. Akurat potrzebowałem wziąć coś i wyciągnąłem rękę.
I oto stał się cud: nad szczątkami porowatych gniazd niespodziewanie poczułem ciepło… Dotknąłem porowatych bryłek i okazało się, że są zimne, tymczasem nad nimi miało się wyraźne wrażenie ciepła. W dodatku w palcach pojawiły się jakieś nie znane mi wcześniej skurcze, szarpnięcia i „tiki”.
Szczątki starego gniazda pszczół smuklików. (Na zdjęciu widoczne wejścia do komórek, część pionowego chodnika – podłużne wgłębienie).
Kiedy przesunąłem miskę z gniazdami na skraj stołu i pochyliłem nad nią twarz, odczułem to samo co nad Jeziorem – głowa zrobiła się jakby lekka i ogromna, przeogromna, ciało jakby runęło w dół, w oczach rozbłysły eksplozje iskier, a w ustach poczułem posmak bateryjki, lekkie mdłości…
Położyłem na wierzchu kawałek kartonu, ale odczucia nadal były takie same. Przykryłem gniazda pokrywką od garnka, ale efekt był taki, jakby jej wcale nie było – to „coś” na wskroś przenikało przeszkodę.
Należało niezwłocznie zbadać ten fenomen. Co jednak mogłem zrobić w domu bez jakichkolwiek fizycznych przyrządów? W badaniach gniazd pomagali mi pracownicy wielu instytutów naszego akademickiego miasteczka WASCHNIŁ [1]. Jednak przyrządy w najmniejszym stopniu nie reagowały na nie – ani superdokładne termometry, ani detektory ultradźwięków, ani elektrometry, ani magnetometry. Przeprowadzono ścisłą analizę składu chemicznego gliny, ale nic szczególnego nie znaleziono. Radiometr także milczał…
Rysunek górny – schematyczny przekrój gniazda pszczół smuklików blisko jego najgłębszej części; rysunek dolny – szczątki gniazd pszczół smuklików ułożone otworkami do góry dają szczególnie silne promieniowanie.
Za to ręce, zwykłe ludzkie ręce – i   to nie tylko moje! – wyraźnie odczuwały nad gniazdami to ciepło, to jakby chłodny wiaterek, to z kolei mrowienie, to tiki, to znów gęstszy ośrodek, coś na podobieństwo kisielu. U jednych ręka „ciążyła”, a u innych coś jak gdyby podrzucało ją do góry, niektórym drętwiały palce, mięśnie przedramienia doznawały skurczu, kręciło się w głowie, obficie wydzielała się ślina.
W podobny sposób zachowywała się wiązka papierowych rurek, od góry do dołu zasiedlonych przez miesierki Megachile – pszczoły nacinające liście. W każdym z tuneli znajdował się nieprzerwany łańcuszek wielowarstwowych kubeczków wykonanych ze skrawków liści, zamkniętych wklęsłymi, okrągłymi wieczkami – także z liści. Wewnątrz kubeczków znajdowały się jedwabne owalne kokony z larwami i poczwarkami. Ludziom, którzy nic nie wiedzieli o moim odkryciu, proponowałem, żeby potrzymali dłoń lub twarz nad gniazdem pszczół Megachile, po czym wszystko skrzętnie notowałem. Rezultaty tych niezwykłych eksperymentów można znaleźć w moim artykule „O fizyczno-biologicznych właściwościach gniazd pszczół zapylających” opublikowanym w trzecim numerze pisma „Sibirskij wiestnik sielskochoziajstwiennoj nauki” z roku 1984.
Sztucznie wykonane gniazdo miesierek (Megachile) – pszczół nacinających liście lucerny i budujących z nich komórki. Setki papierowych rurek z papieru gazetowego o średnicy ołówka tworzy gniazdo; każda z rurek wypełniona jest zwiniętymi skrawkami liści tworzących szereg pojedynczych komórek. Im więcej komórek, tym silniejsze promieniowanie.
Właśnie tam sformułowana została treść odkrycia – zwięzłe wyjaśnienie tego zadziwiającego zjawiska z punktu widzenia fizyki.
Wychodząc od pszczelich gniazd, sporządziłem kilkadziesiąt sztucznych „plastrów” z plastyku, papieru, metalu, drewna i okazało się, że przyczyną wszystkich tych niezwykłych odczuć nie jest żadne „biopole”, lecz rozmiary, kształt, ilość i wzajemne rozmieszczenie porowato-rurkowatych struktur zbudowanych z dowolnych ciał stałych. I tak jak poprzednim razem organizm czuł to, a przyrządy „milczały”.
Odkrytemu zjawisku nadałem nazwę efektu porowatych struktur (EPS). Uparcie kontynuowałem i różnicowałem doświadczenia, a Przyroda nadal odkrywała przede mną, jedną po drugiej, swoje najskrytsze tajemnice…
Okazało się, że w strefie działania EPS daje się zauważyć znaczne zahamowanie rozwoju saprofitycznych [2] bakterii glebowych, drożdży i innych gatunków grzybów, kiełkowania nasion pszenicy, ponadto zmienia się zachowanie mikroskopijnych ruchomych glonów chlamidomonad, pojawia się świecenie larw pszczół Megachile, poza tym dorosłe pszczoły zachowują się w tym polu o wiele aktywniej, zaś pracę związaną z zapylaniem roślin kończą o dwa tygodnie wcześniej.
Hamowanie rozwoju ziaren pszenicy przez struktury porowate. W próbce z lewej strony – ziarno poddane działaniu EPS; z prawej strony – próbka kontrolna. Doświadczenie wykonano 7 grudnia 1983 roku w Nowosybirsku, pszenica – po 62 ziarna.
Okazało się, że działania EPS nie da się niczym ekranować, że podobnie jak grawitacja, działa ono na żywe organizmy poprzez ściany, grube metalowe powłoki i inne przeszkody.
Okazało się, że jeśli przemieści się porowaty obiekt na nowe miejsce, to człowiek nie od razu odczuje EPS, lecz po upływie kilku sekund lub minut, natomiast na poprzednim miejscu pozostaje „ślad” lub – jak go żartobliwie nazwałem – „fantom”, który jest odczuwalny dłonią po upływie kilkudziesięciu minut, a nawet miesięcy.
Okazało się, że pole EPS nie zmniejsza się wokół plastrów równomiernie, lecz otacza je cały system niewidzialnych i niekiedy bardzo wyraźnie odczuwalnych „powłok”.
Okazało się, że zwierzęta (białe myszy) i ludzie, którzy dostali się w strefę działania nawet silnego EPS, po pewnym czasie przyzwyczajają się do niego, adaptując się. Nie może być inaczej, bowiem zewsząd otaczają nas liczne wielkie i małe otwory, kratki, komórki żywych i martwych roślin (także nasze własne), pęcherzyki wszelkiego rodzaju poliuretanów, sztucznych pianobetonów, pokoje, korytarze, sale, dachy, przestrzenie między detalami pulpitów, przyrządów, maszyn, między drzewami, meblami i budynkami.
Okazało się, że „słup” albo „promień” EPS działa silniej na żywe organizmy, gdy jest skierowany w stronę przeciwległą do Słońca, a także w dół, do środka Ziemi.
Okazało się, że w silnym polu EPS czasami zauważalnie „okłamuje” zegar, zarówno mechaniczny, jak i elektroniczny, co oznacza, że Czas też gra tu rolę.
Działanie wielokomórkowych struktur porowatych na hodowlę glonów Chlamydomonas. (Z prawej strony próbka poddana działaniu EPS, widać przyspieszenie biegu czasu, zanik komórek glonów; z lewej strony próbka kontrolna, bieg czasu bez zmian, rozwój glonów w normie. Przy zegarkach zapisano datę doświadczenia – 15 kwietnia 1985 roku).
Okazało się, że wszystko to jest przejawem Fal Materii znajdującej się w wiecznym ruchu, wiecznie zmieniającej się, wiecznie istniejącej, i że za odkrycie tych fal fizyk Louis de Broglie już w latach dwudziestych (XX wieku – przyp. tłum.) otrzymał nagrodę Nobla. To właśnie te fale wykorzystuje się w  mikroskopach elektronowych.
Okazało się… Jeszcze bardzo wiele się okazało, ale to zaprowadziłoby nas do fizyki ciała stałego, mechaniki kwantowej, fizyki cząstek elementarnych, czyli daleko od głównych bohaterów naszej opowieści – owadów.
…Ostatecznie udało mi się mimo wszystko zrobić przyrządy do obiektywnej rejestracji EPS, świetnie reagujące na bliskość owadzich gniazd. Oto one (na poniższym rysunku): hermetyczne naczynia, w których na pajęczych nitkach podwieszone są ukośnie kawałeczki słomy i opalone gałązki – kawałeczki węgla do rysowania. Na dnie naczyń jest nieco wody, aby wyeliminować wpływ elektrostatyki stanowiącej przeszkodę dla doświadczeń w suchym powietrzu.
Działanie strukturami komórkowymi starego gniazda os na szereg wskaźników zbudowanych z kawałów węgla do rysowania podwieszonych na pajęczej nici. Nić pajęcza nie ulega skręceniu i umożliwia obiektywną rejestrację ruchu wskaźników pod wpływem struktur porowato-komórkowych.
Na górną część takiego wskaźnika nakierowuje się stare gniazdo os, pszczele plastry, wiązkę kłosów i wskaźnik powoli odchyla się o dziesiątki stopni… To nie żaden cud – energia migocących elektronów obydwu ciał o wielu strukturach porowatych tworzy w przestrzeni układ sumarycznych fal, a jak wiadomo, fala to energia zdolna do wykonania pracy polegającej na wzajemnym odpychaniu się tych przedmiotów nawet przez przeszkody, takie jak na przykład grubościenna stalowa kapsuła. Trudno sobie wyobrazić, że poprzez jej pancerz bez trudu przenikają fale kruchego, lekkiego gniazda os. Wskaźnik wewnątrz tej ciężkiej głuchej kapsuły odchyla się od dawno opuszczonego gniazda os czasem o pół obrotu. To dzieje się naprawdę. Wątpiącym radzę odwiedzić Muzeum Agroekologii pod Nowosybirskiem, gdzie zobaczą to na własne oczy.
Właśnie tam, w muzeum, stoi zawsze działający plastrowy neutralizator bólu. Każdy, kto usiądzie na krześle pod futerałem, w którym znajduje się kilka ramek z pustymi, lecz pełnowymiarowymi plastrami pszczoły miodnej (przez pszczelarzy zwanymi „węzą”), prawie na pewno poczuje coś po kilku minutach (a co, napiszcie mi o tym, za co będę wdzięczny), zaś osoba, którą boli głowa, po kilku minutach pozbędzie się bólu, w  każdym razie na kilka godzin.
Neutralizator bólu głowy zbudowany z kilku ramek pustych plastrów pszczelich; wynalazek ten ma zastosowanie w niektórych szpitalach w Rosji.
Moje neutralizatory bólu są z powodzeniem stosowane w różnych zakątkach Rosji – nie trzymałem tego odkrycia w sekrecie. Promieniowanie jest wyraźnie wyczuwalne za pomocą ręki, jeśli przybliża się dłoń od dołu do futerału z plastrami, który może być wykonany z kartonu, sklejki, a jeszcze lepiej z blachy o zalutowanych szczelnie krawędziach.
Schematyczny przekrój budowy neutralizatora bólu.
Ot, jeszcze jeden owadzi podarunek…
Na początku rozumowałem tak: z pszczołą miodną ludzie mają do czynienia od tysięcy lat i nikt nie skarżył się na coś nieprzyjemnego, oczywiście oprócz przypadków użądlenia przez te owady. Potrzymałem ramkę z węzą nad głową i okazało się, że to działa! Zatrzymałem się na komplecie sześciu ramek. Ot, i cała historia tego w końcu niezbyt wymyślnego wynalazku.
Zupełnie inaczej działa stare gniazdo os, chociaż wymiary i kształt jego komórek są bardzo zbliżone do pszczelich. Lecz tu tkwi także istotna różnica – materiał komórek, w odróżnieniu od plastrów z wosku, jest bardziej pulchny i mikroporowaty – to papier (à propos, papier po raz pierwszy został wynaleziony nie przez ludzi, ale przez osy; zeskrobują one stare drewniane włókno i mieszają je z  lepką śliną), ścianki komórek są o wiele cieńsze od pszczelich, rozmieszczenie i wymiary plastrów także są inne, a  i  zewnętrzna powłoka, zbudowana również z papieru, składa się z kilku warstw, z zachowaniem między nimi odstępów. Napływały do mnie informacje o bardzo niekorzystnym oddziaływaniu kilku gniazd os zbudowanych na strychu. W ogóle większość urządzeń i obiektów zbudowanych z wielu komórek, odznaczających się silnie działającym EPS, w pierwszych minutach lub godzinach działa na ludzi bardzo niekorzystnie – plastry pszczoły miodnej stanowią jeden z niewielu wyjątków. […]
Osa z gatunku Chrysidoidea – portret owada wykonany przez W. Grebiennikowa. Na chitynowych powłokach ciała owada widać głębokie jamki i zagłębienia, których celem jest wytworzenie ochronnego pola – osa z tego gatunku podkłada swoje jaja do gniazd innych os i pszczół.
Zapewne znużyłem Czytelnika tymi plastrami, strukturami, kratkami… Aby opisać wszystkie moje doświadczenia, należałoby napisać oddzielną grubą książkę, dlatego wspomnę tylko, że w polu EPS niejednokrotnie zawodził mnie mikrokalkulator BZ-18A zasilany z baterii – raz okrutnie „kłamał”, a innym razem przez kilka godzin w ogóle nie zapalał się jego wyświetlacz. Działałem na niego gniazdem os wzmocnionym EPS moich dwóch dłoni – oddzielnie te struktury nie miały wpływu na kalkulator.
Chciałbym zauważyć, że dłonie z rurkowatymi kośćmi palców, stawami, ścięgnami, wiązadłami, naczyniami, paznokciami to intensywne emitery EPS mogące odepchnąć na odległość paru metrów węglowy lub słomiany wskaźnik mojego opisanego wyżej przyrządu. To udaje się dosłownie wszystkim. Dlatego jestem absolutnie przekonany, że żadnych „ekstrasensów” nie ma, a dokładniej wszyscy ludzie są sensytywni… A tych, którzy mogą w ten sam sposób przemieszczać na odległość niezbyt ciężkie przedmioty po stole, utrzymywać je w powietrzu lub „przyklejone” do dłoni, jest znacznie więcej, niż się przyjmuje. Pokazują ich w telewizji jako swego rodzaju cud. Spróbujcie sami. Czekam na wasze listy. […]
Wpływ EPS na kiełkowanie ziaren pszenicy. Odległość między próbką eksperymentalną (pod „kratakami”) a szalką kontrolną wynosi 90 cm. W szalce eksperymentalnej ziarna prawie całkiem zginęły.
Pewnego razu doznałem olśnienia: przecież rezultaty moich doświadczeń z owadzimi gniazdami są bardzo podobne do informacji ludzi, przebywających w pobliżu… UFO. Proszę przypomnieć sobie i porównać tymczasowe wyłączenie urządzeń elektronicznych, „sztuczki” z zegarkiem, to znaczy z czasem, niewidzialną elastyczną „przeszkodę”, czasowe zmniejszenie ciężaru przedmiotów, uczucie zmniejszenia ciężaru człowieka, fosfeny (kolorowe ruchome „obrazki” w oczach), galwaniczny posmak w ustach…
Wychodzi na to, że stanąłem u progu jeszcze jednej tajemnicy. I znowu pomógł mi przypadek, a raczej moi przyjaciele owady. […]
LOTY NA ANTYGRAWITACYJNEJ PLATFORMIE
Oceńcie to sami na podstawie fragmentów moich roboczych dzienników przeredagowanych dla potrzeb tej książki, to znaczy uproszczonych i  skróconych. W  tej ocenie pomogą wam fotografie i rysunki.
…Upalny letni dzień. Dal horyzontu tonie w  błękitnawoliliowej mgiełce, w górze nad polami i zagajnikami wznosi się gigantyczna kopuła nieba z zastygłymi pod nim pulchnymi obłokami. Spoczywają jakby na ogromnej przezroczystej tafli szkła, dlatego ich spody są wyrównane, płaskie, a górne części tak oślepiająco oświetlone słońcem, że aby na nie patrzeć, trzeba zmrużyć oczy.
Grawitoplan Grebiennikowa (widok w stanie przedroboczym – 1990 rok).
Lecę jakieś trzysta metrów nad ziemią, za punkt orientacyjny obrawszy odległe jezioro – jasną podłużną plamę w mglistej dali. Ciemnoniebieskie obrzeża dziwacznych zarysów powoli odchodzą do tyłu. Między nimi widać płachty pól – błękitnawo-zielone to owies, bielejące prostokąty z jakimś niezwykłym drobnym, drobniutkim migotaniem to gryka, pode mną rozciąga się pole lucerny, którego zieleń pod względem odcienia najbliższa jest artystycznej farbie „kobalt zielony średni”, ciągnące się z lewej strony zielone oceany pszenicy mają odcień bardziej intensywny i, jak mówią artyści malarze, przypominają farbę o nazwie „tlenek chromu”. Ogromna wielobarwna paleta płynie i płynie do tyłu…
Wśród pól i zagajników wiją się ścieżki. Zbiegają się ku gruntowym drogom, a te z  kolei ciągną się hen do szosy, na razie niewidocznej stąd z powodu mgły, ale ja wiem, że jeśli poleci się na prawo od jeziora, to na pewno się ukaże – równa, równiusieńka jasna wstęga bez końca i początku, po której poruszają się samochody – leniwie pełznące po jasnej wstędze drobniuteńkie pudełeczka.
Na osłonecznionym lasostepie malowniczo rozpłaszczyły się różnej wielkości cienie kłębiastych obłoków, które są nade mną – granatowe tam, gdzie zagajniki są zasłonięte, zaś na polach w różnych odcieniach błękitu.
Teraz akurat jestem w cieniu takiego obłoku. Zwiększam prędkość – mogę to zrobić z łatwością – i wylatuję z cienia. Pochylam się nieco do przodu i czuję, jak z dołu, od rozgrzanej w słońcu ziemi i roślin, ciągnie ciepły powiew wiatru, nie z boku jak na ziemi, ale nietypowo, z dołu do góry. Fizycznie odczuwam gęstą intensywną strugę niosącą silny zapach kwitnącej gryki. Taka struga może bez trudu unieść nawet dużego ptaka, jeśli rozłoży nieruchomo skrzydła – orła, żurawia lub bociana.
Ale mnie trzymają w powietrzu nie wstępujące prądy powietrza – ja nie mam skrzydeł. Lecę stojąc na płaskiej prostokątnej platforemce, nieco większej od oparcia krzesła, ze stojakiem i dwiema rękojeściami, za które się trzymam i za pomocą których kieruję aparatem.
Fantastyka? Jak by tu rzec… Jednym słowem, musiałem na całe dwa lata odłożyć pisanie tej książki, ponieważ szczodra i sędziwa Przyroda niespodziewanie znów zdradziła mi poprzez moich przyjaciół – owady – To i Owo, zrobiwszy to jak zawsze wytwornie i bez narzucania się, lecz za to szybko i przekonująco. I przez dwa lata to odkrycie nie pozwalało mi się od siebie oderwać, jakkolwiek „ujarzmianie” go odbywało się, jak mi się zdawało, w szybkim tempie, albowiem zawsze, gdy rzecz jest ciekawa i nowa, czas leci prawie dwukrotnie szybciej.
Jasna plamka stepowego jeziora wyraźnie przybliżyła się i urosła. Za nią widać szosę z wyraźnie widocznymi już stąd, z wysokości, pudełeczkami samochodów. Szosa ciągnie się jakieś osiem kilometrów od biegnącej równolegle linii kolejowej. Hen tam, jeśli dobrze się przypatrzeć, dostrzec można słupy sieci trakcyjnej i jasny nasyp torowiska. Pora skręcić jakieś dwadzieścia stopni w lewo.
Z dołu nie jestem widoczny i to nie tylko z powodu odległości – nawet przy bardzo niskim locie przeważnie wcale nie rzucam cienia. Mimo wszystko jednak ludzie, jak się później dowiedziałem, czasami coś niecoś widzą w tym punkcie nieboskłonu – albo jasną kulę lub dysk, albo coś na podobieństwo pionowego lub ukośnego obłoczku poruszającego się wedle ich opisu jakoś „nie tak jak obłok”. Ktoś zaobserwował „płaski nieprzezroczysty kwadrat o powierzchni hektara” – być może była to powiększona na skutek złudzenia platforemka mojego aparatu?
Wyjaśnienie złudzeń optycznych podczas lotu na grawitoplanie (napis na rysunku: „Podczas obserwacji z dołu aparat albo nie jest widoczny – promienie zakrzywiając się obchodzą go łukiem (a) – albo jest widoczny w postaci silnie zdeformowanej – jako plazmoid, dysk lub kula (b). Bardzo uproszczony schemat. W. Grebiennikow”).
Najczęściej jednak ludzie niczego nie widzą i póki co jestem z tego zadowolony – różnie bywa. Tym bardziej że dotąd nie ustaliłem, od czego zależy „widzialność-niewidzialność”. I dlatego, przyznam się, dokładam starań, aby unikać w podobnej sytuacji spotkań z ludźmi. W tym celu omijam z dala miasta i osady, zaś drogi i ścieżki przecinam na dużej prędkości, upewniwszy się, że nikogo na nich nie ma.
W tych wycieczkach, odbieranych przez Czytelnika niewątpliwie jako fantastyka a dla mnie będących prawie chlebem powszednim, dowierzam tylko im – przedstawionym na tych kartkach moim przyjaciołom-owadom. Pierwsze praktyczne zastosowanie mojego ostatniego odkrycia miało i ma obecnie sens entomologiczny – zbadanie drogich mojemu sercu zakątków, utrwalenie ich z góry, znalezienie nowych, nie znanych mi, czekających na ocalenie i ochronę Krain Owadów.
Niestety, przyroda od razu postawiła przede mną surowe ograniczenia, jak w naszych samolotach pasażerskich: chcesz patrzeć – patrz, lecz fotografować nie wolno. Tu tak samo, jeśli nie gorzej – nie zamykała się migawka, a zabrane klisze fotograficzne, jedna kaseta w aparacie a druga w kieszeni, okazały się od początku do końca silnie naświetlone. Na wysokości nie wychodziły także szkice terenu – obie ręce są prawie cały czas zajęte, tylko jedną można na dwie, trzy sekundy zwolnić. Tak więc pozostało prawie jak poprzednio rysowanie z pamięci. Wszystko w porządku, jeśli udaje się to zrobić zaraz po lądowaniu. Chociaż jestem artystą malarzem, muszę wyznać, że pamięć wzrokową mam nie najlepszą…
Ten lot zupełnie nie przypomina tego, co odczuwamy w śnie – właśnie od takiego snu zaczynałem kiedyś tę książkę. I jest to nie tyle satysfakcja, ile praca, niekiedy bardzo trudna i nie pozbawiona niebezpieczeństw. Trzeba nie szybować, lecz stać, ręce są wiecznie zajęte, kilka centymetrów od ciebie znajduje się granica oddzielająca „tę” przestrzeń od „tamtej”, zewnętrznej, granica niewidoczna i bardzo zdradliwa. Moje dzieło jest na razie dość niepozorne i jeśli cokolwiek przypomina, to może… szpitalną wagę. Ale przecież to dopiero początek!
À propos, prócz aparatu fotograficznego bardzo poważnie nawalał mi zegarek i prawdopodobnie zawodził kalendarz. Lądując, powiedzmy, na znajomej polanie, zastawałem ją, co prawda rzadko, w stanie nie odpowiadającym właściwej porze, z „odchyleniem” do tygodnia w tę lub w drugą stronę, co nie sposób było dokładnie ustalić. A zatem przemieszczać się można nie tylko w przestrzeni, ale i, jak na to wygląda, w czasie! Co do tego ostatniego nie mogę gwarantować stuprocentowej pewności, mogę jedynie stwierdzić, że podczas lotu, zwłaszcza na początku, zegarek kłamie – z początku spóźnia się, a potem spieszy, lecz pod koniec wycieczki wskazuje czas dokładnie co do sekundy. Oto dlaczego podczas takich podróży unikam ludzi. Co jeśli wraz z grawitacją zadziała w tym przypadku również czas, powodując nagłe zachwianie nieznanych mi więzi przyczynowo-skutkowych i ktoś spośród nas ucierpi? Mam powody, by mieć takie obawy, albowiem zabrane „tam” owady, włożone do probówek, pudełek i innych pojemników… znikają, najczęściej bez śladu.
Jednego razu probówka w kieszeni została roztrzaskana na drobne okruchy, innym razem w probówce pojawiła się owalna dziurka o brązowych, jakby chitynowych krawędziach – widzicie ją na zdjęciu. Niejednokrotnie czułem poprzez tkaninę kieszeni coś na podobieństwo, ni to ucisku, ni to uderzenia prądu – na pewno w momencie „zniknięcia” mojego więźnia. I tylko jeden raz w probówce pozostał wzięty przeze mnie owad, przy czym nie był to dorosły osobnik, gąsienicznik z rodziny Ichneumonidae z białymi prążkami na wąsach, ale jego poczwarka, czyli poprzednie stadium. Była żywa i przy dotyku poruszała brzuszkiem. Ku mojemu wielkiemu zmartwieniu po tygodniu zginęła i uschła.
Widok probówki, w której umieszczono przed startem owada; po wylądowaniu grawitoplanu – owad zniknął, zaś w probówce został wytopiony owalny otwór.
Najlepiej lata się (piszę to świadomie bez cudzysłowu!) w letnie pogodne dni. Podczas deszczowej pogody jest to bardzo utrudnione, a nie wiadomo, dlaczego w ogóle nie wychodzi zimą. Jednak nie dlatego, że jest zimno – mógłbym przecież odpowiednio udoskonalić swój aparat lub zrobić drugi, lecz zimowe loty mnie, entomologowi, po prostu nie są potrzebne.
CIĄG DALSZY NASTĄPI
Autorstwo: Wiktor Stiepanowicz Grebiennikow
Tłumaczenie: Waldemar Gajewski
Źródło: „Nexus” nr 2 (40) 2005

piątek, 25 sierpnia 2017

KOSMICZNA KWARANTANNA ZIEMI

Kwarantanna Ziemi to niesamowicie fascynująca teoria, która stawia cywilizację w dosyć oryginalnym położeniu. Jak się okazuje, człowiek może nie być już zagrożeniem tylko dla siebie, a globalnym niebezpieczeństwem w skali kosmicznej. Czy nasz gatunek, może przyprawiać o gęsią skórkę kosmicznych sąsiadów? Przyjrzyjmy się sprawie bliżej.

LUDZKA NATURA

Ludzie od tysięcy lat oddalili się od swojej prawdziwej natury. Życie w obopólnym dobrobycie i harmonii zastąpiło nieustanna walka o dominację.
Daliśmy się wciągnąć w nieludzką grę i od tysięcy lat podążamy ścieżką materialnych dóbr, stawiania jednych, nad drugimi.
Jedna z najlepszych nauczycielek, ukazujących to, jak powinno wyglądać życie – Natura, stała się mimo woli towarem handlowym.
Wycinane połacie lasów i zabijane w bestialski sposób zwierzęta ukazują tylko to, jak słabo mentalnie rozwinięty jest człowiek.

kwarantanna-ziemi.jpg
fot.123rf.com
Z pewnością nasze działanie jest widoczne z góry, a ci, co to widzą, drapią się po głowie lub czułkach, próbując pojąć to, jak tak wspaniały gatunek, jak my, mógł tak bardzo zbłądzić.
Logiczne więc jest to, że lepiej trzymać się od ludzi z daleka, aby swoista zaraza destrukcji nie przeniosła się dalej. Potwierdzenie tej teorii znajdziemy w niejednym źródle alternatywnej wiedzy.

STANTON T. FIEDMAN

Stanton T. Friedman to były współpracownik niezliczonych tajnych projektów USA. Był doradcą największych korporacji świata.
Nic więc dziwnego, że dotarł on do źródeł wiedzy na temat tego, jak traktowana jest Ziemia przez obce cywilizacje.
Twierdzi on, że brak załogowych misji w przestrzeń kosmiczną, pozostawienie księżyca samemu sobie czy ciągłe odkładania misji załogowych na Marsa, ma swoje początki w nałożonej na planetę kwarantannie.


kwarantanna-ziemi.jpg
fot.123rf.com

Obce cywilizacje postanowiły nie ingerować w życie na powierzchni i dla własnego bezpieczeństwa zamknąć możliwość ekspansji gatunku ludzkiego dalej. Patrząc na to wszystko z boku, nie ma co się im zbytnio dziwić.

BROŃ ZAGŁADY

Niektóre źródła donoszą, jakoby w naszym stuleciu globaliści, przeprowadzili niesamowity pokaz potężnej, tajnej broni.
Na afrykańskiej pustyni, wszystkie najważniejsze osobistości globalnego zniewolenia, miały zostać zaproszone na pierwszy wystrzał, najpotężniejszej broni w dziejach ludzkości, bazującej na plazmie.


kwarantanna-ziemi.jpg
fot.depositphotos.com

Pokaz jednak skończył się ogromną katastrofą. Wystrzał spowodował naruszenie czasoprzestrzeni.
Wszystkie stacjonujące wokół planety obce cywilizacje, miały w ciągu kilkunastu minut oddalić się dla własnego bezpieczeństwa, poza granice układu słonecznego a sytuacja, pozostaje niezmienna do dziś.

TEATR UFO

Jeśli to prawda, trzeba spojrzeć na niesamowicie grany teatr przez tych, którzy wiedzą o całej sytuacji.
Tysiące obserwacji UFO czy pojawiające się piktogramy, są w tej sytuacji tylko i wyłącznie elementem zwodniczej gry, odciągającej nas od prawdy.


kwarantanna-ziemi.jpg
fot.123rf.com

Bardzo prawdopodobne jest to, że taki sposób działania ma tylko wprowadzić mętlik wśród budzącego się społeczeństwa, bo jak w takim przypadku, stwierdzić co jest prawdą, a co fałszem?

LUDZKA HODOWLA

Kwarantanna to niekoniecznie tylko podłoże ludzkiej natury. Obce cywilizacje już nie raz pokazały, że lubią się mieszać w ludzkie sprawy.
Majowie, czy Egipcjanie to piękny przykład na to, że kosmici mieli jakiś biznes w tym, aby wpływać na umysły Ziemian. Dzisiaj, ludzie upadli do miana chodzących robotów, a raczej baterii.
Jednostajne życie i ciągle napływające negatywne emocje nie musi być tylko misternym planem ludzi.
Mowa tu o Reptilianach.


kwarantanna-ziemi.jpg
fot.depositphotos.com

Spora część ufologów donosi, że jest to zdecydowania specyficzna rasa. Jako gady, ich droga ewolucji poszła w kierunku życia drapieżnego.
Rozwój pozbawiony miłości stał się nieustanną walką, bo tylko walka może sprawić, że zrobią krok do przodu.
W tym przypadku ludzie są najzwyklejszym paliwem, a ziemia planetarną fabryką ku temu, aby gadzi oprawcy, mieli siłę i energię do dalszej ekspansji kosmosu.
Łączy to się z licznymi doniesieniami więźniów, przykładowo wojny wietnamskiej. Żołnierze opowiadają, jakoby podczas tortur, ich oprawcy znaczyli się dziwacznymi, przerażającymi zmianami wyglądu gałek ocznych z ludzkich, na żmijowe.
Siłą aniołów jest modlitwa płynąca z serca. Być może ich przeciwieństwa, do swojej potęgi potrzebują bólu, strachu i cierpienia.

DRUGA STRONA MEDALU

Jednak trzeba spojrzeć również na sprawę z pozytywnej strony. Po pierwsze kwarantanna, zapewnia nam bezpieczeństwo przed zagrożeniami zewnątrz.
Po drugie, osamotnienie pozwala na zrozumienie tego, kim sami jesteśmy. Kto chciałby przychodzić do kogoś kto, żyje w nieustannym bałaganie?
Mało tego, czy odważyłbyś się odwiedzić rodzinę, gdzie zabijanie siebie nawzajem to codzienność?
Bez względu na to, jaka jest prawda, po raz kolejny jesteśmy postawieni w sytuacji ogromnej pracy.
Teatr, bezpieczeństwo czy kosmiczna zagroda… istnieje tylko i wyłącznie jeden sposób, aby przekonać się o prawdzie.
Praca i rozwój nad samym sobą.
Dosyć często się o tym ostatnio mówi, prawda?

czwartek, 24 sierpnia 2017

Odrywająca się cywilizacja cz.1




W poprzednim wcieleniu Nowej Atlantydy temat “odrywającej się cywilizacji” był tym, który wywołał najwięcej dyskusji i kontrowersji. Wciąż nie doczekał się on należytego opisania i zdefiniowania mimo, że mówi się i pisze o tym coraz więcej. Z pewnością nie pomagają temu pokłady tajności jakie strzegą jej tajemnic. Poniższy wpis jest początkiem długiego (mam nadzieję) cyklu, w którym będę opisywał rożne aspekty tego zagadnienia. Wraz z upływem czasu szczegółów na ten temat jest coraz więcej i odrywająca się cywilizacja, która przez dekady potrafiła ukryć swoje sekrety dziś jest coraz bardziej widoczna – często gołym okiem. Taką cywilizację stworzyły zakonspirowane grupy, które wykorzystują super-zaawansowane technologie i dokonują ukrytej eksploracji przestrzeni kosmicznej. Wszystko to przy użyciu niezmierzonych ilości pieniędzy jakie szeroką strugą płyną do czarnych projektów, prane po drodze przez podejrzaną sieć firm i międzynarodowych banków. Korzenie odrywającej się cywilizacji sięgają do powojennych nazistów związanych z projektami NASA, pierwszymi raportami na temat UFO i spiskiem, który doprowadził do usunięcia JFK pół wieku temu.
Do tego aby w ogóle powstała taka cywilizacja, potrzebna jest pełna kontrola wszystkiego, co dzieje się na naszej planecie – z kontrolą jej mieszkańców włącznie. Faszyzmowi udało się stworzyć taką kulturę kontroli i inwigilacji, gdzie każdy aspekt życia był uważnie obserwowany przez Wielkiego Brata. Dziś żyjemy w czasach, w których spełniły się wszystkie najskrytsze marzenia Hitlera by kompletnie kontrolować życie swoich obywateli.
Termin odrywająca się cywilizacja został stworzony przez ufologa Richarda Dolana. Dolan napisał kilka doskonałych książek takich jak dwa tomy “UFO and The National Security State” (“UFO i system bezpieczeństwa narodowego”). Napisał tam, że stworzenie systemu bezpieczeństwa narodowego powstało ze względu na fenomen UFO. Uznał on, że jeśli przyjąć do świadomości fakt istnienia UFO, to trzeba założyć, że w którymś momencie zostaną stworzone technologiczne możliwości, które w poważnym stopniu wyprzedzą wszystko to, co do tej pory stworzono na świecie. Początków powstania odrywającej się cywilizacji należy upatrywać czasach Zimnej Wojny. Stworzyła ona mentalność pozwalającą szukać zagrożenia w każdym dowolnie wybranym przez siebie miejscu, czyli nie tylko ze względu na komunizm, ale także ze względu na UFO. Jeśli więc powstaje grupa posiadająca taką mentalność i jednocześnie dysponuje zaawansowaną technologią, to automatycznie stworzy ona inną kulturę, łącznie z osobnym procesem sposobu podejmowania decyzji i ustanawiania praw. Jeśli posiada się technologię, która stara się być emulacją możliwości UFO, to jej stworzenie zajmie oczywiście dużą ilość czasu – być może więcej niż Manhattan Project – co najmniej kilkadziesiąt lat od zakończenia II WŚ. Ten proces i jego ukryty charakter tworząc osobną kulturę tworzy także osobną cywilizację. Jej istnienie będzie wymagać ogromnego i także ukrytego systemu finansowego, funkcjonującego kompletnie poza oficjalnymi księgami rachunkowymi. Taki system musi być bardziej tajny niż czarne budżety, czy tajne fundusze jakie mają do swojej dyspozycji agencje wywiadowcze po to, by nie musieć się z tych pieniędzy przed nikim rozliczać.
Tuż po II WŚ w Europie powstała mroczna grupa zwana Bilderberg. Spójrzmy na to kto ją reprezentował. Będzie to książę Niderlandów Bernhard zur Lippe-Biesterfeld, który był nazistą, W zebraniach uczestniczył Hermann Joseph Abst, niezwykle ważna osoba, szef Deutsche Bank. W czasie wojny zarządzał on bankiem w Berlinie, który wypłacał pensje nazistom. Wypłata dla Adolfa Hitlera również była zatwierdzana przez Absta. W grupie Bilderberg można znaleźć wielu innych sympatyków nazizmu, co wydaje się zrozumiałe ze względu na ilość niemieckich łupów jakie zgromadzili oni podczas wojny – które należało wprowadzić do światowego systemu finansowego. Być może część tego łupu nigdy nie została wpisana do ksiąg rachunkowych, dzięki czemu ludzie ci posiadali ukrytą rezerwę, pozwalającą na wsparcie rozwijającego się systemu kredytowego. Początek współczesnej odrywającej się cywilizacji można znaleźć także w japońskim militaryźmie. Podczas wojny Japończycy złupili większość Azji i łup Niemców w porównaniu do Japończyków był mizerny. Było tego tak dużo, że nie byli oni w stanie wysłać wszystkiego do Japonii i musieli ukryć większość tej fortuny na Filipinach. Skarb ten nazwano Złotem Yamashity, od nazwiska japońskiego generała, który dowodził akcją jego ukrywania. Już po wojnie amerykańskie służby wywiadowcze zdobyły informacje na ten temat. Człowiekiem który dowiedział się o złocie był Edward Lansdale, późniejszy szef tajnych operacji w CIA. Wielu ludzi wierzy, że Lansdale jest głęboko związany z zabójstwem prezydenta Kennedyego. Ludzie Lansdalea schwytali kierowcę generała Yamshity i poddali go torturom tak długo aż wskazał miejsca, gdzie Japończycy ukryli złoto. Wiele z tych miejsc odnaleziono i Lansdale osobiście poleciał do Tokio poinformować o tym gen. McArthura. McArthur z kolei wysłał go natychmiast do Waszyngtonu aby zdał relację z odkrycia prezydentowi Trumanowi. Prezydent Truman w 1947 r. po konsultacjach z doradcami od spraw bezpieczeństwa narodowego podjął decyzję aby utrzymać przejęcie tych astronomicznych ilości złota w kompletnej tajemnicy. Stworzył ukryty fundusz do finansowania tajnych operacji i czarnych projektów. To właśnie te pieniądze są bazą dla wszystkich, ukrytych funduszy jakie powstały po II WŚ. Innymi słowy Truman wprowadził amerykański wywiad do biznesu bankowego.
Ilość złota jaką Japończycy ukradli w Azji nigdy nie została zaksięgowana, dlatego obecna ilość złota, która jest w obiegu na świecie nieustannie się zmienia. Kiedy stworzono ukryty system finansów w oparciu o to złoto, musiano to zrobić w porozumieniu z byłymi japońskimi faszystami, bo tylko oni wiedzieli, gdzie znajduje się reszta tego złota. Stąd mamy w historii rozmaite niezbyt czyste układy dyplomatyczne jak ten pomiędzy prezydentem Nixonem a premierem Tanaką i Japońską Partią Liberalno-Demokratyczną. Tak więc na świecie przechowuje się znacznie więcej złota niż jest to zarejestrowane w cyrkulacji. W latach 2007-09 dochodzi do kilku skandali związanych z obligacjami wypłacanymi w złocie. Wg oficjalnej wersji obligacje te były podrobione a opiewały na biliony dolarów. Poszczególne obligacje były warte od 200 mln do miliarda dolarów. Większość ludzi uważa, że Truman ustanowił swój tajny fundusz z przeznaczeniem na tajne operacje, co jest częściowo prawdą, ale suma w bilionach dolarów przekracza wyobraźnię, gdy chcieć użyć ją na tajne operacje.
Pieniądze musiały być wiec wydawane na coś jeszcze. Np. na badania naukowe. Jeśli stworzyć długoterminowy program aby zbadać fenomen UFO i spróbować dokonać emulacji jego działania poprzez technologię, to oznacza to, że taka technologia będzie niezmiernie droga. Wystarczy spojrzeć na Skalę Kardaszewa. Radziecki astrofizyk, Nikołaj Kardaszew stworzył klasyfikację zaawansowania technologicznego cywilizacji. Kryterium tego podziału była ilość energii wykorzystywanej przez taką cywilizację. Wyróżnił on trzy typy takich zaawansowanych cywilizacji. Dla przypomnienia: Cywilizacja Typu 1 była w stanie wykorzystywać całą energię jaką posiadała planeta, łącznie z opanowaniem zjawisk meteorologicznych. Cywilizacja Typu 2 wykorzystywałaby całą energii wytwarzaną przez gwiazdę w systemie planetarnym w jakim znajdowała się taka planeta. W naszym przypadku oczywiście Słońce. Cywilizacja Typu 3 wykorzystywałby energię galaktyki, której częścią jest uklad słoneczny jaki zamieszkiwała. Można przejść z jednej do drugiej klasy jeśli posiada się technologię umożliwiającą manipulowaniem energią na skalę planety i pozwalającą kontrolować ten system. Oznacza to, że na obecnym etapie odrywająca się cywilizacja osiągnęła w Typ 1 na skali Kardaszewa. Świadczą o tym manipulacje meteorologiczne. Jeśli ktoś manipuluje pogodą, to robi to na skalę planety poprzez urządzenia typu HAARP, które tworzą rodzaj stymulacji energetycznej. (W podobny sposób zrabowane japońskie złoto wpływało na manipulowanie rynku finansowego.) Powstał więc system, który tworzy poczucie, że funkcjonuje w sferze globalnej związanej z całą planetą po to, aby sfinansować technologię pozwalającą na stworzenie cywilizacji Typu 1 wg skali Kardaszewa. Oznacza to przede wszystkim poważne inwestycje w program kosmiczny.
na podst: Richard Dolan – „UFOs and the National Security State

http://nowaatlantyda.com/2016/04/15/odrywajaca-sie-cywilizacja-cz-1/