czwartek, 23 lutego 2017

TRÓJKĄT BERMUDZKI

 cz.1 KAŻDY KIEDYŚ O NIM SŁYSZAŁ



Czasem poszukiwanie prawdy może prowadzić do szaleństwa, a czasem do przeżycia pewnych doświadczeń, które nas wzbogacą.

O Trójkącie Bermudzkim po raz pierwszy usłyszałem kilkanaście lat temu, kiedy jeszcze byłem mały i pewne kwestie nie docierały do mnie w pełni. Włączyłem telewizor, w którym relacjonowano akurat sprawę związaną właśnie z tym tajemniczym miejscem. Odtwarzano głos pilota, który miał znajdować się na terenie owego trójkąta. Pierwsze, co przykuło moją uwagę to fakt, że głos ten cechowała w pewnym sensie panika a sam przekaz dość mocno się rwał, by ostatecznie całkowicie zaniknąć. Nie wiem, co później wydarzyło się jeszcze w tej sprawie, nie wiem czy ów pilot został odnaleziony czy też nie. Wiem natomiast, że od tamtego momentu upłynęło wiele lat, a sprawa Trójkąta Bermudzkiego nadal budzi kontrowersje, być może nawet większe niż wtedy. Dziś wiem także to, że sprawa tego tajemniczego miejsca jest jedną z największych zagadek współczesnego świata. Setki statków, samolotów pasażerskich czy też prywatnych, tysiące ludzi, którzy w tym rejonie zaginęli bez śladu, a co najgorsze, nie udało się ich odnaleźć. Wszyscy Ci ludzie znikneli w jednym miejscu, to nie może być przypadek, to tylko potwierdza wyjątkowość Trójkąta Bermudzkiego. Siłą rzeczy w takich sytuacjach rodzą się pytania, same pytania, można napisać, że każde pytanie prowadzi nas do kolejnego i tak bez końca. W tej serii artykułów postaramy się odpowiedzieć na niektóre z nich i bliżej poznać tajemnicę, która kryje się na obszarze oceanu niedaleko wybrzeża Florydy.

Na tym obszarze dochodzi do występowania wielu różnego rodzaju anomalii, do nich możemy zaliczyć pojawianie się dziwnych tuneli wydrążonych w chmurach, silne pole magnetyczne, ciągłe zmiany pogodowe, dosłownie w kilka minut pogoda może ulec całkowitemu przekształceniu. Miejsce to jest wysoce niestabilne. Dlatego jedną z hipotez, która tłumaczy fenomen Trójkąta Bermudzkiego jest twierdzenie, że w wyniku owych skrajnych zachować pogodowych dochodzi do katastrof, czyli wszystko dzieje się w warunkach naturalnych. Jednak czy odpowiedz może być tak prosta? Zapewne w wielu przypadkach tak, ale nie we wszystkich. W ostatnich stu latach doszło do tysiąca odnotowanych zaginięć, jednak historia tego mrocznego miejsca sięga znacznie dalej. Już od czasów Kolumba wielu żeglarzy pisało i wspominało o dziwnych zjawiskach w obrębie Trójkąta, mowa jest tutaj o dziwnych światłach, niezwykłych burzach, odgłosach niosących się w powietrzu, dochodziło nawet do sytuacji, w której członkowie załogi dosłownie popadali w obłęd. Wszystko to potęguje strach przed oceanem i wzmaga legendę Trójkąta Bermudzkiego. Jedno jest pewne, tajemnica tego miejsca jest złożona i składa się z kilku płaszczyzn, nie można udzielić tylko jednej odpowiedzi. Na wstępie mogę napisać, że bardzo ważnym czynnikiem, który wpływa na zjawiska występujące w owym Trójkącie jest silne pole magnetyczne, jest ono tak silne, że można je nazwać anomalią o wysokim poziomie. Pole magnetyczne to dość ciekawe zagadnienie, które jak później zobaczymy, udzieli nam wielu odpowiedzi.

Jaka była jedna z pierwszych legend? Ma ona swoje korzenie w relacjach żeglarzy, którzy poszli a w zasadzie popłynęli śladami Kolumba. Na podstawie dziwnych i niewytłumaczalnych zjawisk, które miały miejsce w obrębie Trójkąta Bermudzkiego wnioskowali oni, że jest to miejsce przeklęte. Wnioski swoje opierali o przekonania i wiarę, w tamtych czasach ludzie byli przesądni i gotowi uwierzyć w różne relacje. To też jest mowa o duchach, bogach oceanów, potworach morskich i niewyjaśnionych stworzeniach pod niebem. Być może pierwsze wzmianki o UFO? Jedno jest pewne, i jedno możemy już wywnioskować teraz. Obszar należący do Trójkąta Bermudzkiego nie jest zwykłym elementem naszej planety. Mają tam miejsce wydarzenia wymykające się ocenie tak zwanego zdrowego rozsądku. Część z nich zakrawa o duchowość a nawet pewne oddziaływanie na psychikę człowieka. Można z dużą dozą pewności pokusić się o stwierdzenie, że ten obszar jest wyjątkowy i może stanowić element czegoś większego, być może nawet tunelu czasoprzestrzennego? Takiej opcji nie można wykluczać zwłaszcza, jeżeli uświadomimy sobie, iż najwięksi naukowcy na tym świecie badają tego typu fenomeny. Na koniec dodam tylko, że kiedyś było coś takiego jak projekt Filadelfijski, on ma dużo wspólnego z tym, co dzieje się w Trójkącie Bermudzkim, ale o tym w kolejnych artykułach. Tajemnica Trójkąta Bermudzkiego jeszcze przed nami, pozostało wiele pytań i kilka odpowiedzi.

TRÓJKĄT BERMUDZKI cz.2 TUNELE CZASOPRZESTRZENNE

Fot. ask.com
Fot. ask.com

Opowieści poruszające takie tajemnice jak różnego rodzaju ruiny, piramidy, nieznane hieroglify czy właśnie legenda trójkąta bermudzkiego od zawsze ciekawiły i wciągały, czy to osoby młodsze czy już nieco starsze. Trójkąt Bermudzki jest obszarem, który wymyka się jednolitej definicji. Miejsce to charakteryzuje wysoka niestabilność. Czy jest to związane w dużej mierze z polem magnetycznym, które tam występuje? Nasza planeta jest chroniona dzięki osłonie magnetycznej, która broni nas przed promieniowaniem pochodzącym z kosmosu, gdyby nie owa osłona wówczas wszyscy bylibyśmy już martwi. Oczywiście ostatnimi laty występuje pewne niepokojące zjawisko, a mianowicie, pole magnetyczne ziemi słabnie, przez co wzrasta chociażby liczba osób, które chorują na raka skóry. Nie mniej jednak, widzimy, że pole magnetyczne odgrywa bardzo ważną rolę.

Kolejnym czynnikiem, o którym powinniśmy wiedzieć, jest fakt, że owe pole ma zróżnicowaną moc. W jednych miejscach jest silniejsze a w innych słabsze. Podobnie jest już na samej ziemi. Naukowcy przeprowadzili eksperyment, w którym dowiedli, że dzieci dorastające w miejscach zwiększonego działania pola magnetycznego są mądrzejsze i bardziej rozwinięte. Zatem pole magnetyczne oddziałuje także na nas, to bardzo istotne. Teraz, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że na obszarze trójkąta bermudzkie występuje bardzo dziwne i nienaturalnie wysokie stężenie pola magnetycznego, wówczas możemy dojść do wniosku, że to ono jest odpowiedzialne w dużej mierze za to, co się tam dzieje. Niestety nie wiemy, dlaczego jest ono tam tak silne. Być może jest to związane z położeniem tego miejsca, czyli w jakimś stopniu występuje silna i wzajemna reakcja po między jądrem ziemi a owym skrawkiem już na powierzchni.

Wielu naukowców utrzymuje, że istnieją tunele czasoprzestrzenne, co ważne, nie można ich od tak sobie stworzyć w każdym miejscu. Natomiast istnieją na ziemi obszary, które stanowią właśnie owe tunele czasoprzestrzenne, są ich elementami. My tego nie rozumiemy, ponieważ jeszcze nie zbadaliśmy tego typu zjawisk, to też, jeżeli gdzieś na ziemi dzieją się dziwne rzeczy, to są one dla nas po prostu zwykłymi anomaliami, a w gruncie rzeczy mogą to być miejsca szczególnego przeznaczenia. Dwadzieścia lat temu, pewien naukowiec, niestety nie ujawniono jego danych, przeprowadził doświadczenie. Do jego przeprowadzenia użył filmu, na którym widnieje nasza planeta. Był to krótki fragment wykonany przez astronautę w kosmosie. Ów film podzielił na klatki i część z nich poddał działaniu promieni UV i silnego działania sztucznie wytworzonego pola magnetycznego. Oczywiście można się domyślić, że to nie całość eksperymentu, nie mniej jednak tyle zostało ujawnione. Rezultat był dość szokujący, na każdy z poszczególnych kadrów można było dostrzec jak naszą planetę przecinają czerwonawe kreski, co ważne, jedna z nich przechodziła idealnie przez obszar trójkąta bermudzkiego. Początkowo nikt nie wiedział, co to za kreski, być może zwykła anomalia, którą należało zignorować. Na kolejnym etapie dochodzenia do prawdy odkryto, że owe kreski, jeżeli by je przedłużyć będą stanowić połączenie między naszą planetą a Jowiszem, Marsem i tak dalej. Było to szokujące rozwiązanie, ponieważ potwierdza ono istnienie pewnych tuneli czasoprzestrzennych, które łączą chociażby wszystkie planety naszego układu słonecznego. Ale to nie wszystko, owych kresek, czy też tuneli było więcej niż planet w naszym układzie. Czy to znaczy, że są jeszcze jakieś nie odkryte, czy może chodzi o tajemniczą planetę Nibiru? A może wszystko jest już jasne, tylko NASA ukrywa przed nami prawdę?

Widzimy zatem, że wystarczy trochę informacji i wyobraźni by połączyć ze sobą coś takiego jak planeta Nibiru, trójkąt bermudzki i tunele czasowe co teoretycznie nie ma ze sobą związku. Moim zdaniem począwszy od piramid, stonehende, różnych pradawnych ruin i zapisków na ścianach po przez rysunki i linie naziemne pustyni Nazca a skończywszy chociażby na różnego rodzaju doniesieniach o UFO czy pewnych zjawiskach kosmicznych, to wszystko można jakoś sensownie połączyć. Trzeba jednak do tego wiedzy i umiejętności łączenia faktów. Na stronie tajemnice świata, będziemy dla Was takich odkryć, co jakiś czas dokonywać, będziemy szukać prawdy i światła w mroku. Zachęcamy Was do tego samego, pomóżcie nam, podsyłajcie informacje czy nowinki, z chęcią również i je zamieścimy w kolejnych artykułach. Strona tajemnice świata jest projektem innowacyjnym mającym na celu stworzenie pewnego rodzaju społeczności osób poszukujących prawdy. Sam fakt, że można coś odkryć i dojść do zrozumienia jest czymś fascynującym czymś, co sprawia, że możemy być ludźmi, możemy odkrywać i tworzyć coś z niczego. Prawda gdzieś jest, nikt nie zdoła jej na tyle ukryć by ostatecznie nie dało się jej na nowo odkryć. Na razie to tyle w kwestii trójkąta bermudzkiego, ale w przyszłości jeszcze do tego tematu powrócimy nie raz.

Autor:
Tomasz M „Pielgrzym”

środa, 22 lutego 2017

OBURZAJĄCE!

Firma farmaceutyczna ukrywa zdumiewające odkrycie naturalnego zabójcy raka. 10.000 x silniejszy od chemii – bez żadnych skutków ubocznych! A postanowiła… nigdy o tym nie powiedzieć!

a
Drogi Czytelniku
Nie ma bardziej przerażającego momentu w życiu niż pozytywny wynik biopsji. To rak… Jest to początek walki  w której wszystkie chwyty są dozwolone. Każdy rozsądny człowiek zrobi niemal wszystko żeby spróbować zniszczyć chorobę-zabójcę.
Wyobraź sobie, że jedna firma farmaceutyczna ma odpowiedź… miała ją przez SIEDEM PEŁNYCH LAT… a jeszcze nie tylko nikomu o tym nie powiedziała, a faktycznie postanowiła nie powiedzieć o tym nikomu nigdy!?
Prawda jest szokująca: głęboko w amazońskich lasach deszczowych rośnie drzewo, które może dosłownie zrewolucjonizować to co ty, twój lekarz i reszta świata myślicie o leczeniu raka i szansach przeżycia. Przyszłość nigdy nie wyglądała bardziej obiecująco. Badania pokazują, że wyciągi tego cudownego drzewa teraz mogą…
  • Bezpiecznie i skutecznie atakować raka zupełnie naturalną terapią, która nie daje ekstremalnych nudności, utraty wagi i włosów
  • Chronić system odpornościowy i unikać śmiertelnych infekcji
  • Sprawić iż czujesz się silniejszy i zdrowszy w trakcie leczenia
  • Wzmocnić twoją energię i poprawić twoje poglądy na życie.
a
Graviola: drzewo, owoc i nasiona
Udało mi się RAZ kupić w Biedronce pod nazwą Cherimoya [swahili, wym. czerymodzia].
Angielska nazwa: Custard Apple = budyniowe jabłko
Źródło tej informacji jest tak samo zdumiewające: pochodzi z jednej z największych amerykańskich firm farmaceutycznych, owoc ponad 20 badań laboratoryjnych przeprowadzonych od lat 1970! Co te badania pokazują jest niewyobrażalne… Wyciąg z drzewa pokazał że:
  • Skutecznie znajduje i zabija złośliwe komórki 12 rodzajów raka, w tym: jelita grubego, piersi, prostaty, płuc i trzustki
  • Jest 000 mocniejszy w spowolnieniu rozrostu raka niż Adriamycin, lek powszechnie używany w chemioterapii!
  • Co więcej, odwrotnie do chemioterapii, wyciąg selektywnie ściga i zabija tylko komórki raka. Nie uszkadza zdrowych komórek!
Zdumiewające właściwości przeciwrakowe Gravioli badano bardzo dokładnie, więc dlaczego nic o tym nie słyszałeś? Jeśli wyciąg z Gravioli jest w 50% tak obiecujący jak się wydaje, to dlaczego żaden onkolog z każdego głównego szpitala nie nalega na używanie go przez wszystkich jego/jej pacjentów?
Mrożąca krew w żyłach odpowiedź ilustruje jak łatwo jest kontrolować nasze zdrowie pieniędzmi i władzą.

Graviola – lek który działał zbyt dobrze

Jeden z największych producentów leków w Ameryce rozpoczął poszukiwania leku na raka, i ich poszukiwania skupiały się na Gravioli, legendarnym leczniczym drzewie z amazońskich lasów deszczowych.
Różne części tego drzewa: kora, liście, korzenie, owoce i nasiona od wieków stosowali szamani i tubylczy Indianie w Ameryce Południowej w leczeniu choroby serca, astmy, problemów z wątrobą i zapalenie stawów.
Opierając się na mało udokumentowanych dowodach naukowych, firma wydawała pieniądze na badania właściwości przeciwrakowych tego drzewa, i byli zszokowani rezultatami. Graviola pokazała się jako dynamo przeciwrakowe.
Ale na tym historia z Graviolą prawie się zakończyła.
Firma miała z Graviolą ogromny problem: jest absolutnie naturalna, i zgodnie z prawem federalnym, nie można było jej opatentować. Nie ma sposobu żeby zrobić na niej ogromne zyski.
Okazuje się, że firma zainwestowała prawie 7 lat na wyprodukowanie dwóch z najpotężniejszych przeciwrakowych składników Gravioli. Gdyby mogli wyizolować i wyprodukować klony tego co robi Graviolę tak silną, to mogliby je opatentować i odzyskać pieniądze.
Niestety, zderzyli się ze ścianą. Oryginału po prostu nie dało się sklonować. Nie było żadnego sposobu żeby firma mogła chronić swoje zyski, czy nawet odrobić miliony zainwestowane w badania.
Kiedy marzenie o ogromnych zyskach wyparowało, badanie Gravioli się zakończyło. Jeszcze gorzej, firma odłożyła na półki cały projekt i postanowiła nie publikować wyników badań!
Ale na szczęście był jeden naukowiec w zespole badawczym, któremu sumienie nie pozwoliło na dokonanie takiego okrucieństwa. Ryzykując karierę skontaktował się z firmą zajmująca się zbieraniem roślin leczniczych w amazońskich lasach i ujawnił im tajemnicę.

Cud uwolniony

Kiedy badaczy w Health Sciences zaalarmowała informacja o Gravioli, zaczęli szukać badań przeprowadzonych na tym zabijającym raka drzewie. Dowody na zdumiewającą skuteczność Gravioli – i szokujące jej ukrywanie – przyszły szybko i wściekle…
…The National Cancer Institute przeprowadził pierwsze badanie naukowe w 1976. Rezultaty wykazały, że „liście i łodygi Gravioli okazały się być skuteczne w atakowaniu i niszczeniu złośliwych komórek”. Niewytłumaczalnie, rezultaty opublikowano w raporcie wewnętrznym i nigdy nie ujawniono opinii publicznej…
…Od 1976, Graviola sprawdziła się jako ogromnie potężny zabójca raka w 20 niezależnych badaniach laboratoryjnych, ale nigdy nie wszczęto żadnych podwójnie ślepych prób klinicznych – typowego badania wykorzystywanego przez lekarzy głównego nurtu i czasopisma do oszacowania wartości leczenia…
…Badanie opublikowane w Journal of Natural Products, po ostatnim badaniu przeprowadzonym przez Catholic University Płd Korei stwierdziło, że jedna substancja chemiczna w Gra-violi wyszukiwała i zabijała komórki raka jelita grubego z „10.000 x większą siłą niż (powszechnie używany w chemioterapii lek)  Adriamycin…”
… Najważniejszą częścią raportu tego Uniwersytetu jest to, że Graviola pokazała iż selektywnie wybiera komórki rakowe, pozostawiając nietknięte zdrowe komórki. Odwrotnie do chemioterapii, która na oślep niszczy wszystkie czynnie reprodukujące się komórki (np. żołądka i włosów), często wywołując u pacjentów dewastujące skutki uboczne – nudności i utratę włosów.
…Badanie na Purdue University ostatnio wykryło, że liście Gravioli zabijają komórki rakowe pośród 6 ludzkich linii komórkowych i są szczególnie skuteczne w raku prostaty, trzustki  i płuc.

Przerwane siedem lat milczenia – w końcu go mamy!

Ograniczone dostawy wyciągu z Gravioli, uprawianej i zbieranej przez tubylczych Brazylijczyków, w końcu są dostępne w Ameryce.
Jenny Thompson
Dyrektor, Health Sciences Institute
http://hsionlineorders.net/HTML5/Sacred_Book_G/graviola.php?efo=HSI131025&xco=XHSIPBAA&pco=LHSIPB49&eco=LHSIPC36
Tłum. Ola Gordon

wtorek, 21 lutego 2017

Obserwuj nas na Facebooku!




bozonX_odkrycie

Odkryto piątą siłę natury! Teoria Wielkiej Unifikacji pokaże nam świat zupełnie inny niż znamy?

Dział: Nauka i Odkrycia W popularnych | 20 sierpnia 2016
Pochłonięta wojnami i konfliktami na całym świecie ludzkość nie zwróciła większej uwagi na opublikowane kilka dni temu przez amerykańskich uczonych odkrycie, które prawdopodobnie już wkrótce całkowicie odmieni postrzeganie przez nas naszej rzeczywistości i całego Wszechświata.
Swoje odkrycie fizycy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine opublikowali swoje odkrycie w „Physical Review Letters”. Opiera się ona na wcześniejszych obserwacjach dokonanych przez naukowców z Węgierskiej Akademii Nauk, którzy w 2015 r. poszukiwali tzw. „ciemnego fotonu”, czyli nośnika piątej – nieznanej dotychczas ludzkości siły natury.
Przypomnijmy, że dotychczas znaliśmy tylko cztery podstawowe siły natury: grawitację, oddziaływanie elektromagnetyczne oraz słabe i silne oddziaływanie nuklearne. Kiedy jednak węgierscy uczeni zderzali izotop litu-7 z protonami, odkryli obecność nowej cząstki nazwanej bozon X („protophobic X boson”), ok. 30 razy cięższej od elektronu.
Węgrzy nie byli jednak pewni, czy ta cząstka jest nośnikiem jakichś oddziaływań. Po przeanalizowaniu ich obserwacji uczeni z Kalifornii nie mają wątpliwości – we Wszechświecie działa piąta, całkowicie nieznana dotychczas siła.
Według prof. fizyki i astronomii Jonathana Fenga, siła ta – wspólnie z czterema pozostałymi – składa się na jedną fundamentalną siłę stanowiącą podstawę funkcjonowania Wszechświata. „Być może istnieje też oddzielny „ciemny sektor”, który posiada własną materię oraz siły i oddziałuje z naszym w ukryty sposób” – rozwija swoją teorię prof. Feng.
Jego zdaniem, odkrycie to kompletnie odmieni nasze postrzeganie Wszechświata. Teraz – kiedy istnienie bozonu X przestało już być tylko hipotezą i zostało całkowicie dowiedzione teoretycznie – można oczekiwać, że już w najbliższym czasie zostanie on uzyskany doświadczalnie.
„Cząstka nie jest tak ciężka i laboratoria mają wymaganą moc do jej stworzenia już od lat 50-ch i 60-ch. Lecz powód, dla którego trudno ją znaleźć był taki, że jej oddziaływania są bardzo słabe. W czasie gdy normalne siły elektryczne współdziałają z elektronami i protonami, ten nowy bozon oddziałuje tylko z elektronami i neutronami w bardzo ograniczonym zakresie” – tłumaczy prof. Feng.
„Teraz jednak nawet grupy eksperymentalne pracujące w małych laboratoriach wiedzą, gdzie trzeba jej szukać” – mówi amerykański fizyk.
Obecne odkrycie oznacza absolutną rewolucję w całej nauce, gdyż wszystkie dotychczasowe hipotezy i badania zostaną prawdopodobnie połączone w jedną całość w ramach tzw. Teorii Wielkiej Unifikacji.
Zmieni się fizyka, algebra, geometria i cały szereg innych nauk i wkrótce może się okazać, że nasz świat działa zupełnie inaczej niż dotychczas sądziliśmy. Być może dowiedzione też zostanie istnienie równoległych rzeczywistości.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Cukrzyca, miażdżyca, nadciśnienie – Jeźdźcy Apokalipsy III tysiąclecia, czyli jak przehandlowano nasze zdrowie.


A kiedy otworzył pieczęć trzecią, usłyszałem trzecie zwierzę mówiące: Przybywaj!
I zobaczyłem: oto koń czarny, a na nim jeździec trzymający wagę w ręku.
Apokalipsa św. Jana
Dwudziesty wiek jawi się w dziejach ludzkości jako okres niebywałego rozwoju cywilizacji a jednocześnie nasilonej ekspansji chorób cywilizacyjnych. Żyjemy pod znakiem cukrzycy, miażdżycy, nadciśnienia  – trzech współczesnych Jeźdźców Apokalipsy. Jest tak pomimo objęcia powszechną opieką medyczną większości ludzi w krajach rozwiniętych, czyli właśnie tam, gdzie te choroby zbierają największe żniwo. Skala tego zjawiska jest przerażająca. Szacuje się, że obecnie co szósty dorosły ma podwyższony poziom glukozy we krwi a co trzeci umrze na raka. Na pytanie, dlaczego tak jest pomimo rozwoju medycyny, pada bezradna odpowiedź: winna jest cywilizacja. Czyli Nikt. Z Nikim nie da się walczyć, Nikogo nie możemy pociągnąć do odpowiedzialności za spowodowanie chorób ani zmusić, żeby przestał nasze zdrowie niszczyć. Cywilizacji nie cofniemy. Nasze żony nie zechcą już prać lnianych koszul kijanką w rzece, nasze dzieci nie zrezygnują z przesiadywania przed monitorem komputera a my sami nie przesiądziemy się z samochodów na wozy drabiniaste. Czy zatem choroby cywilizacyjne to cena, jaką musimy płacić za cywilizacyjne udogodnienia? I czy nauka oraz technologia nie wymyślą czegoś, żeby tę epidemię opanować?

Płacimy całkiem niemałe podatki, również na naukę. Każdego dnia słyszymy o nowych odkryciach medycznych, o wyprodukowaniu nowych leków. Przejmujemy się losem holywoodzkich bohaterów, którym na koniec filmu scenarzyści znajdują dawcę i przeszczepiają wątrobę. Podziwiamy wirtuozerię filmowych chirurgów. Mniej zdajemy sobie sprawę z tego, że taki przeszczep jest odrzucany przeciętnie po pięciu, najdalej dziecięciu latach, a operacja to dopiero początek walki o życie i niczego nie kończy, odwrotnie, niż w cukierkowym filmie. Wierzymy w magiczną wiedzę lekarza, który przepisuje nam tabletki na nadciśnienie i autorytatywnie potwierdza, że trzeba je brać do końca życia. Dołączoną do tabletek ulotkę wyrzucamy do kosza, pomimo, że pisze na niej jak byk, że jest przeznaczona dla pacjenta i nie należy jej wyrzucać, aby móc przeczytać ponownie w razie potrzeby. I nie „jarzymy”, że coś jest nie tak z tym leczeniem, które nie leczy.
Leczenie objawowe, a do takich należy leczenie nadciśnienia, niczego nie leczy, jedynie zmusza organizm poprzez podawanie trucizn do zmiany jednego z trzech wskaźników: poziomu glukozy, poziomu lipidów oraz  ciśnienia krwi zwanego marketingowo w Polsce tętniczym. Przy czym nie chodzi o ustawienie odpowiednich poziomów tych wskaźników, ale wyłącznie o obniżenie poziomów wysokich poniżej pewnych wartości. Poziomy zbyt niskie medycyna traktuje po macoszemu i zajmuje się nimi sporadycznie, tylko, gdy zagrażają życiu. Czy stosowane leki są truciznami? Oczywiście. Schabowego możemy zjeść jedno deko albo cały kilogram i nic się nie stanie. A spróbujmy zjeść dziesięciokrotnie większą dawkę leku na nadciśnienie.
Skąd lekarz wie, jaki środek hipotensyjny (tak się w języku medycznym nazywa lek obniżający ciśnienie tętnicze krwi) należy zastosować? Nie musi nic wiedzieć. Leczenie objawowe od dawna jest zalgorytmizowane, tzn. podlega sztywnym schematom, podobnie jak program w kalkulatorze. Mierzymy ciśnienie krwi pacjenta i dalej wystarczy komputer, by przepisywać kolejne leki wg schematu, bowiem to właśnie komputery najlepiej realizują algorytmy. Skąd biorą się schematy leczenia, zwane czasem na wyrost procedurami? Formułują je różne gremia specjalistów na podstawie obserwacji i prac naukowych, klinicznych i tzw. wieloośrodkowych. Te zespoły są powoływane ad hoc lub na stałe przez agendy rządowe różnych państw oraz WHO – Światową Organizację Zdrowia.
Prześledźmy proces formułowania schematu leczenia nadciśnienia na klarownym przykładzie medycyny amerykańskiej. Tam funkcjonuje Narodowy Program Edukacji w Zakresie Nadciśnienia Krwi – National High Blood Pressure Education Program. Swoje zalecenia specjaliści przedstawili w pracy: „The Seventh Report of the Joint National Committee on Prevention, Detection, Evaluation, and Treatment of High Blood Pressure. NIH Publication No. 04-5230 August 2004. U. S. Department of Health and Human Services. This work was supported entirely by the National Heart, Lung, and Blood Institute.” („Siódmy Raport Narodowego Komitetu Zapobiegania, Wykrywania, Oceny i Leczenia Nadciśnienia Krwi. Departament Zdrowia USA. Ta praca powstała przy pełnym wsparciu Narodowego Instytutu Serca, Płuc i Układu Krwionośnego”).
Poniżej członkowie Komitetu Wykonawczego tego gremium:
Chair – Przewodniczący
  • Aram V. Chobanian, M.D.- Boston University School of Medicine, Boston, MA
Executive Committee – Komitet Wykonawczy
  • George L. Bakris, M.D.  – Rush University Medical Center, Chicago, IL;
  • Henry R. Black, M.D. – Rush University Medical Center, Chicago, IL;
  • William C. Cushman, M.D. – Veterans Affairs Medical Center, Memphis, TN;
  • Lee A. Green, M.D., M.P.H. – University of Michigan, Ann Arbor, MI;
  • Joseph L. Izzo, Jr., M.D. – State University of New York at Buffalo School of Medicine, Buffalo
  • Daniel W. Jones, M.D. – University of Mississippi Medical Center, Jackson, MS;
  • Barry J. Materson, M.D., M.B.A. – University of Miami, Miami, FL;
  • Suzanne Oparil, M.D. – University of Alabama at Birmingham, Birmingham, AL;
  • Jackson T. Wright, Jr., M.D., Ph.D. – Case Western Reserve University, Cleveland, OH
 Executive Secretary – Sekretarz Komitetu
  • Edward J. Roccella, Ph.D., M.P.H. – National Heart, Lung, and Blood Institute, Bethesda, MD
Zwięzłe zalecenia autorzy przedstawiają na samym wstępie i są one zrozumiałe dla każdej osoby nieprzygotowanej medycznie.
  1. U osób powyżej 50-tego roku życia ciśnienie skurczowe ponad 140 mm Hg znacznie bardziej zwiększa ryzyko chorób sercowo-naczyniowych niż podwyższone ciśnienie rozkurczowe.
  2. Ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, poczynając od wartości ciśnienia 115/75 mm Hg, podwaja się z każdym wzrostem ciśnienia o 20/10 mm Hg. [115 to ciśnienie skurczowe, 75 – rozkurczowe. Analogicznie 20/10 dotyczy wzrostu: 20-ciśn. skurczowego, 10-rozkurczowego. Przyp. JW.]
  3. Ciśnienie skurczowe w granicach 120-139 lub rozkurczowe 80-89 mm Hg powinno być traktowane jako podwyższone, wymagające obniżenia poprzez modyfikację trybu życia w celu obniżenia ryzyka chorób sercowo-naczyniowych.
  4. Pacjenci z niepowikłanym ciśnieniem samoistnym w pierwszej kolejności powinni być leczeni diuretykami z grupy thiazydu albo pojedynczym lekiem z pozostałych grup, natomiast w przypadku współwystępowania cukrzycy lub chorób nerek należy obligatoryjnie stosować drugi lek z innej grupy.
  5. Większość pacjentów wymaga zazwyczaj dwóch lub więcej leków dla osiągnięcia właściwego ciśnienia (mniejszego niż 140/90 mm Hg albo mniejszego niż 130/80 w przypadku cukrzycy lub chorób nerek).
  6. Jeżeli ciśnienie przekracza założoną, prawidłową wartość o 20/10 mm Hg należy obligatoryjnie wprowadzić drugi lek, przy czym jednym z nich powinien być diuretyk (lek moczopędny).
  7. Terapia jest bardziej skuteczna, jeżeli pacjent ma zaufanie do swojego lekarza i jest zmotywowany pozytywnymi efektami leczenia, co z kolei zwiększa zaangażowanie i zaufanie leczonego.
Jak widać, schemat postępowania medycznego w przypadku nadciśnienia jest banalnie prosty i doskonale przygotowany do komputeryzacji.
Zapytajmy, na jakiej podstawie ustalane są takie schematy? Czym kierują się gremia je opracowujące? Z początków XX wieku wywodzi się prosta reguła, zgodnie z którą wszystko jest normą, co mieści się w obszarze tzw. dwukrotnego odchylenia standardowego, czyli  +/- 2SD – Standard Deviation – pole zielone na wykresie obejmujące 95,4% wszystkich wyników.

Jeżeli zaczniemy mierzyć dowolny parametr człowieka, np. wzrost, wagę, ciśnienie skurczowe, poziom glukozy, hemoglobiny itp. to okaże się, że otrzymamy podobny wykres, zgodny ze wzorem matematyka Gaussa.

Ten wykres dotyczy ciśnienia skurczowego wg danych z 1950 roku, kiedy na całym świecie żyło około 3,7 miliarda ludzi, czyli 3700 milionów albo 3’700’000’000 osób. W praktyce bada się kilka tysięcy ludzi, a potem wyniki odnosi do całej populacji. Wyobraźmy sobie jednak, że mierzymy ciśnienie skurczowe (tylko skurczowe) każdego człowieka, a następnie rysujemy na wykresie kropkę w miejscu, które odpowiada temu ciśnieniu. Okaże się, że ludzi mających ciśnienie 120 mm Hg będzie kilkadziesiąt milionów i tyle kropek jedna nad drugą postawimy ponad wartością 120. Analogicznie zliczymy ludzi, którzy mają ciśnienie 140 i tak samo umieścimy kropki nad liczbą 140. Podobnie postąpimy dla pośrednich wartości ciśnienia: 121, 122 … 130, 131 … 139, itd., dla wszystkich pozostałych wielkości od 60 do 180 mm Hg, a nawet powyżej. W ten sposób kropki na wykresie symbolizują poszczególne osoby. Jak widać, najwięcej kropek jest w pobliżu liczby 120, tzn., że najwięcej osób na świecie ma ciśnienie skurczowe około 120 mm Hg. Za wybiegające poza normę zdrowia, wg zasad z 1950 roku, uznamy osoby z ciśnieniem wykraczającym poza 2SD, czyli wyższym niż 160 mm lub niższym niż 60 mm Hg. Wg tamtej definicji, osób mających nadciśnienie będzie 2,3% czyli 85 milionów oraz taka sama będzie liczba osób z niedociśnieniem. Pozostałe 95,6% uznajemy za normę. Było tych zdrowych osób w 1950 roku ponad 3,5 mld.
Od tamtych czasów konsekwentnie obniżane są normy zdrowia dotyczące trzech wskaźników: ciśnienia tętniczego krwi, poziomu glukozy i poziomu cholesterolu.Niewielkie obniżenie normy ciśnienia ze 160 mm Hg do 140 mm Hg, praktycznie niezauważalne przez opinię publiczną, lekarzy i samych chorych, zaowocowało w latach 70-tych zwiększeniem liczby osób kwalifikowanych do leczenia lekami hipotensyjnymi z 2,3% do 16% czyli blisko  siedmiokrotnie. Jak widać z wykresu, już nigdy nie uda się firmom farmaceutycznym osiągnąć tak znacznego zwielokrotnienia sprzedaży, jak wtenczas.
Nawet, gdyby zmuszono następnym razem wszystkich zdrowych ludzi do leczenia się, to i tak zwiększyłoby to sprzedaż leków tylko pięciokrotnie, z 842 mln do 4337 mln. A przecież nie można uznać 100 % ludzi za chorych, jakaś niewielka grupa musi mieć normalne ciśnienie.

W kolejnych latach polityka konsekwentnego obniżania norm zdrowia przyniosła dalszy wzrost liczby chorych i sprzedaży leków. Pewną rolę odegrał w tym przyrost demograficzny ludności świata, która prawie się podwoiła i liczy obecnie 6,8 mld. Jednak główną przyczyną jest obniżenie norm zdrowia, które spowodowało wzrost sprzedaży leków  z 2,3% do 60% populacji u której stwierdza się podwyższenie ryzyka różnych chorób związanych z nadciśnieniem krwi.

Oczywiście krzyczącą niesprawiedliwością i szkalowaniem dobrego imienia firm farmaceutycznych byłoby stwierdzenie, że to one wprowadziły normę 115 mm Hg dla ciśnienia skurczowego. Po pierwsze, firmy tylko produkują standaryzowane chemiczne substancje, powodujące obniżanie ciśnienia krwi, zwane  lekami i uczciwie uprzedzają, że te substancje nie leczą nadciśnienia a działają wyłącznie objawowo, wywierając przy okazji rozliczne szkodliwe efekty uboczne. Firmy nie ustalają same norm medycznych. Po drugie, obecnie zgodnie z przedstawionym schematem „leczenia” nadciśnienia, bezwzględnego podawania leków hipotensyjnych wymagają osoby zdrowe  z ciśnieniem ponad 140 mm Hg oraz diabetycy z ciśnieniem powyżej 130 mm Hg.

Do 115 mm Hg jeszcze dosyć daleko. Więc o co chodzi? Chodzi o punkt nr 2 powyższych zaleceń: Ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, poczynając od wartości ciśnienia 115/75 mm Hg, podwaja się z każdym wzrostem ciśnienia o 20/10 mm Hg. Przecież każdy chce być zdrowy, piękny i bogaty. Skoro ryzyko chorób podwaja się powyżej 115 mm Hg, słusznym jest to ciśnienie obniżać poniżej tej wartości. Zaniepokojony pacjent zażąda od lekarza recepty, a lekarz zgodnie ze schematem leczenia te środki hipotensyjne przepisze, bo nie jest samobójcą, który samotnie wypowie wojnę WHO, FDA, ichniej Izbie Lekarskiej itd.

Trend jest jasny, stopniowo normy są obniżane, i wcześniej, czy później wszyscy mający ciśnienie powyżej 115 mm Hg będą posłusznie łykać tabletki wierząc, że tylko dzięki nim ochronią swoje zdrowie.  Dzięki globalizacji ten trend obejmie cały świat. I to jest piękne. Dla producentów.

Jak widać na poniższym wykresie, dzięki obniżeniu norm, w przeciągu zaledwie pół wieku, liczba osób, którym należy podawać substancje hipotensyjne (obniżające sztucznie ciśnienie) wzrosła z 85 milionów do 4066 mln, blisko 48 razy (słownie: czterdzieści osiem).

W podobnej proporcji wzrosła lub wkrótce wzrośnie sprzedaż i zyski koncernów farmaceutycznych. Jednocześnie w tym samym okresie, pomimo eksplozji demograficznej, zmalała liczba osób kwalifikowanych jako zupełnie zdrowe z 3,5 miliarda do 2,6 mld. Najdalej za 20 lat wszyscy zapomną, że 120 mm Hg, to jest ciśnienie średnie, że połowa ludzkości musi mieć ciśnienie niższe, a połowa wyższe.
Tak więc najdalej za 20 lat wszyscy zapomną, że 120 mm Hg, to jest średnia, że połowa ludzkości musi mieć ciśnienie niższe, a połowa wyższe. Stopniowo wszyscy oswoją się ze świadomością, że substancje hipotensyjne trzeba podawać także niektórym przedszkolakom, tak, jak dziś podaje się psychotropy dzieciom z tzw. ADHD.  Z tak zwanym, ponieważ do niedawna uznawano za normalne, że dzieci są aktywne, pobudliwe i uwielbiają biegać.
To, co wkrótce stanie się z nadciśnieniem, już stało się z cholesterolem. Przeciętny dorosły człowiek zazwyczaj ma poziom cholesterolu całkowitego 220-250 mg/100 ml. Ustanowiono więc normę na 200, a w przypadku występowania chorób niedokrwiennych nawet, gdy pacjent ma poziom 180 mg% nadal przepisuje się odpowiednie leki obniżające ten wskaźnik. Magiczną liczbę 200 tak pijarzy wbili wszystkim do głów, że obecnie spotykamy kobiety szczerze zaniepokojone swoim podwyższonym poziomem cholesterolu. Na pytanie, jak bardzo, pada odpowiedź: 205 mg%. Sic! Dwieście pięć jest powodem do troski! Tymczasem 20 lat temu (właśnie przed 20 laty) uznawano za normę poziom do 280 mg%. Ponadto młode kobiety są chronione przed miażdżycą przez estrogeny. A wreszcie, poziom cholesterolu nie ma bezpośredniego związku z chorobą. Można mieć 350 mg% i elastyczne naczynia, a można 160 mg% i przebyć zawał. Naczyniowcy, w przeciwieństwie do kardiologów, traktują badania cholesterolowe racjonalnie, bez histerii. Zapewne dlatego, że naocznie na swoim ekranie ultrasonografu widzą brak związku poziomu cholesterolu z miażdżycą, ale to już inna historia.
Podobnie dzieje się z normami poziomu glukozy we krwi. Przez długi czas uznawano za prawidłowy poranny poziom do 120 mg% na czczo, a i wyższy traktowano pobłażliwie. Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ po przeciętnym posiłku ten poziom wzrasta do 180 mg%. Skoro jest to powszechne zjawisko, znaczy to, że 180 mg% nijak nie jest ilością szkodliwą czy toksyczną. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy taki poziom utrzymuje się samoistnie przez dłuższy czas. Niestety, obecnie coraz częściej spotykamy osoby, które są leczone dlatego, że mają poziom glukozy na czczo zaledwie 105 mg% i biorą na wszelki wypadek leki, żeby uniknąć cukrzycy. Taki sposób profilaktyki na pewno te cukrzycę spowoduje, ponieważ przyzwyczai organizm do tychże leków.
Powszechny nacisk na obniżanie w/w trzech norm medycznych nawzajem się wspiera i powiększa liczbę osób kwalifikowanych do leczenia. Zauważmy, że w przypadku podwyższonego ciśnienia zawsze zaleca się diuretyki a dopiero w drugiej kolejności inne leki. Otóż właśnie diuretyki – substancje moczopędne – podwyższają poziom glukozy we krwi. Przy obecnej tendencji do traktowania poziomu glukozy powyżej 110 mg% jako patologii, oczywistym jest korzyść z terapii diuretykami. Dosyć szybko doprowadzają do podwyższenia poziomu glukozy i konieczności przepisania leków przeciwcukrzycowych, bo lekarz prowadzący nie jest samobójcą, który samotnie wypowie wojnę WHO… itd. Leki przeciwcukrzycowe zastosowane w cukrzycy II nie dość, że niczego nie leczą, a tylko działają objawowo, to jeszcze utrwalają nietolerancję glukozy i powodują rozwój choroby. Zamiast zmienić leki i zmniejszyć spożycie węglowodanów, których organizm już nie przyjmuje, zwiększa się sztucznie ilość insuliny we krwi. Insulina jest niezbędna do życia, ale w nadmiernej ilości powoduje miażdżycę, angiopatie, niegojące się rany itd. Standardowo diabetyk ma badany poziom cholesterolu, ponieważ wszyscy wiedzą, że ten poziom będzie podwyższony. Gdy do tego dojdzie, poziom cholesterolu obniża się sztucznie, podając substancje zatruwające wątrobę, dawniej fibraty, obecnie statyny. Ponieważ są szkodliwe dla wątroby, więc po kilku miesiącach pogarszają się próby wątrobowe i wątroba coraz gorzej radzi sobie z utrzymywaniem właściwego poziomu glukozy we krwi, bowiem to ona, a nie trzustka jest za to odpowiedzialna w pierwszym rzędzie. I tak dalej. Kółeczko się zamyka.
A zaczyna się od tego, że obniżone normy ciśnienia powodują, iż w zasadzie zdrowy człowiek zaczyna przyjmować diuretyki, które podnoszą poziom glukozy. Dzięki obniżeniu norm glukozy oraz diuretykom pacjent kwalifikowany jest wówczas do terapii przeciwcukrzycowej, która utrwala wysoki poziom glukozy i pogarsza wskaźniki cholesterolowe. Pogorszone wskaźniki cholesterolowe wymuszają podawanie fibratów lub statyn, które to substancje obciążają wątrobę i utrudniają jej sprawne metabolizowanie tłuszczów oraz glukozy, co musi doprowadzić do utrwalenia cukrzycy i zaburzeń lipidowych. Przy okazji pojawia się arytmia serca, depresja, otyłość, impotencja. No właśnie, także i viagra znajdzie zastosowanie.
Sam pacjent jest szczęśliwy, że ktoś mu to wszystko w porę wykrył. Bo jak by nie wykrył, to… to co? Właściwie, to nic. Nic mu nie groziło. Z badań japońskich wynika, że przeciętni Japończycy mają wyższe ciśnienie krwi i gorsze wskaźniki cholesterolowe niż Amerykanie w USA. Pomimo tego znacznie rzadziej się leczą i dłużej żyją w lepszym zdrowiu.
Powyższe rozważania dotyczą większości pacjentów. Nieliczna mniejszość z bardzo zaburzonymi wskaźnikami musi oczywiście być intensywnie leczona, ale to jest kilka procent populacji, a nie 60%.
Na koniec, warto dodać, że, inaczej niż u nas, w USA prawo wymusza podawanie źródeł finansowania autorów takich publikacji, jak omawiany raport o nadciśnieniu. Niechętnie, ale jednak autorzy ujawnili, od kogo brali pieniądze. Zrobili to tylko w pełnej wersji raportu. W wersji raportu skróconej dla pielęgniarek niczego już nie ujawniali, widocznie uznając, że średniemu personelowi medycznemu informacje o jakichś tam finansach nie są potrzebne. Ponieważ lista donacji jest długa, my tutaj ujawnimy tylko mały fragment, żeby nie zajmować niepotrzebnie miejsca.
Financial Disclosures – Ujawnienie źródeł finansowania
  • Przewodniczący Dr. Chobanian – otrzymywał honoraria za prelekcje od firm: Monarch, Wyeth, Astra- Zeneca, Solvay, and Bristol-Myers Squibb.
  • Dr. Bakris – otrzymywał honoraria za prelekcje od firm: Astra-Zeneca, Abbott, Alteon, Biovail, Boerhinger-Ingelheim, Bristol-Myers Squibb, Forest, GlaxoSmithKline, Merck, Novartis, Sanofi, Sankyo i Solvay oraz wsparcie finansowe dla swoich badań od National Institutes of Health i firm: Astra- Zeneca, Abbott, Alteon, Boerhinger-Ingelheim, Forest, GlaxoSmithKline, Merck, Novartis, Sankyo i Solvay; otrzymywał honoraria jako konsultant/doradca od firm: Astra-Zeneca, Abbott, Alteon, Biovail, Boerhinger-Ingelheim, Bristol-Myers Squibb, Forest, GlaxoSmithKline, Merck, Novartis, Sanofi, Sankyo i Solvay.
  • Dr. Black otrzymywał honoraria za prelekcje od firm: Astra-Zeneca, Bristol-Myers Squibb, Novartis, Pfizer, Pharmacia, and Wyeth-Ayerst.
  • Itd.
Większość członków Komitetu Wykonawczego otrzymywała podobne honoraria i wsparcie dla badań od w/w firm, wśród których Czytelnik bez trudu dostrzeże największe koncerny farmaceutyczne.
Witold Jarmołowicz
Akademia Zdrowia Dan-Wit
jw@danwit.pl
Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj również:

„Przeczytaj i zapamiętaj”

Z cyklu: PZ -46 „Przeczytaj i zapamiętaj”

Jak do tej pory nikt nie zdobył fortuny na publikacji prawdy.
Kłamstwa są bardziej dochodowe. Czy ktoś kiedykolwiek słyszał o przekupywaniu świadka aby mówił prawdę?

Dr Jerzy Jaśkowski. Fot. Inter.
Jest to najszczersza prawda.
Przykłady można podawać od ręki.
Pierwszy lepszy z ostatnich dni. SMOG.
W celu wyłudzenia większych podatków i uzależnienia ludności od „centrali ciepłowniczej” starsi i mądrzejsi wymyślili dodatkowe opodatkowanie lokalnego mniej wartościowego społeczeństwa poprzez podłączenie go do sieci centralnego ogrzewania zagranicznych koncernów.
Oczywiście jako fałszywą flagę wywiesili troskę o zdrowie tych Robotów Biologicznych. Zmienili definicję smogu, postawili w okienku telewizyjnym paru aktorów i już kohorty radnych uchwalają najgłupsze dla siebie i rodzin przepisy.
Widziałem tabuny ludzików, którzy narzekają na braki finansowe, ale jeszcze żadnego, który przyznałby się do braku rozumu. Zawsze takowy przyłapany na gorąco kręci jak może, zasłaniając się niepamięcią, ale nie powie po prostu – nie wiem. Ostatnio taki spektakl widzieliśmy w Telewizji Trwam z okazji audycji o szczepieniach. Pisałem o tym w „Dlaczego Polska nie może wyjść z „dołka”?”.
Nagonka smogowa wywołana przez polskojęzyczne media, niemieckich właścicieli, pod amerykańskim zarządem na społeczeństwo mieszkające pomiędzy jeszcze Odrą i Bugiem, dziwnym zbiegiem okoliczności zaczęła się po wizycie rządu warszawskiego w Tel Awiwie, to oczywiście tylko przypadkowa zbieżność.
Nagłe zainteresowanie zakupami sprzętu do pomiaru zanieczyszczeń powietrza budzi ogromne zdziwienie. Po zlikwidowaniu rodzimego przemysłu niby co ma nam zanieczyszczać atmosferę?
SMOG wg definicji to, cząstki poniżej 2.5 mikrometra, powyżej 100 m nad poziomem ziemi,  a takie cząstki powstają tylko przy elektrofiltrach. Nie widziałem nigdzie na świecie chałupy z 100 metrowym  kominem z elektrofiltrami.
Ale posiadając media można każdą głupotę wcisnąć i zmienić pojęcie niska emisja na SMOG, lub odwrotnie.
Po drugie, zaskakująca jest wielkość kwot, które usiłują starsi i mądrzejsi wyprowadzić z budżetu zarówno centralnego jak i lokalnych. Oszacowano je na 140 miliardów złotych czyli ok. 30 miliardów dolarów.
A podobno odszkodowania dla Izraela z powodu przedsiębiorstwa Holokaust [to nie moje określenie tylko Żydowskiego Pisarza] wynoszą od Polski 65 miliardów.
Dodając do tego przemysłu oskubywania ciepłowniczego, przejmowanie ujęć wody i farmacji po wycieczce pani Ewy Kopacz w 2011 roku zbierze się te 65 miliardów.
Internauci już donoszą, że ujęcia wody źródlanej na Śląsku i w Małopolsce są zamykane, a woda butelkowana i sprzedawana.
Proszę zauważyć jaki jazgot wywołała próba zmiany przepisu odnośnie prowadzenia aptek. Pierwszy zaczął pouczać Polaków ambasador Izraela. Ale się musiał wkurzyć. Taki bussnes, a tutaj chcą go pozbawić zysku.
Monopol na sprzedaż produktów zwanych lekami w Polsce po owocnej wycieczce premier Kopacz do Izraela w 2011 r. uzyskała firma Teva, będąca własnością znanego grandziarza ekonomicznego – jak twierdzi p. Michalkiewicz, a faktycznie agenta wywiadu angielskiego od 1945 i amerykańskiego od 1947/8, który „dorobił się” majątku na selekcji  300 000 Żydów Węgierskich w czasie II Wojny Światowej.
Oczywiście zastrzeżono sobie, że jakości preparatów tej firmy, żadna kontrola lokalna nie ma prawa przeprowadzić.
Firma Teva ma istotne problemy, od kilku lat z powodu łapówkarstwa. Jak podał Eric Palmar 07 lutego 2017 roku, Teva przeżywa prawdziwy zalew złych wiadomości porównywalny do biblijnego potopu, w związku z zagranicznymi dochodzeniami związanymi z przekupywaniem urzędników.
Ciekawe jak to było w Polsce, ale jak mówi przysłowie: „ciekawość to pierwszy stopień do piekła”, więc lepiej nie być za ciekawym w tak drażliwym temacie.
To nie stawianie lodów przez  panią Kopacz. Dochodzenia dotyczą setek milionów dolarów, a następnie fałszowane są dokumenty w celu ukrycia malwersacji. To łapówkarstwo kwitło np. w Meksyku, Rosji i na Ukrainie w latach 2007 – 2013. Podkreślam, nie wymieniam Polski. W Polsce jedynie FBI doszukiwało się łapówkarstwa w przemyśle medycznym w 2009 roku. Teva zgodziła się zapłacić 520 milionów dolarów ugodowo Departamentowi Sprawiedliwości w USA za zatuszowanie śledztwa. Firma ta jest znana z podrabiania leków. Niestety jakość ich nie jest opisywana.
Dlaczego o tym pisze w związku z żółtaczka noworodków?
A no, w związku z artykułem jaki się ukazał w Science Direct 20 stycznia 2017 roku udowadniającym, że żółtaczka noworodków ma związek z niskim poziomem witaminy D-3  u dzieci i matek.
Okazuje się, że u 50 %  donoszonych noworodków i aż 80% wcześniaków stwierdza się żółtaczkę po urodzeniu. Niemowlęta stają się ospałe, są trudności w karmieniu. Ponieważ bilirubina może przenikać spokojnie przez barierę krew – mózg może dochodzić do ciężkiego trwałego uszkodzenia mózgu.
Obecnie skutecznym sposobem leczenia jest fototerapia.
I mamy problem.
Jak Szanowni Czytelnicy zapewne pamiętają w XIX wieku mieliśmy prawdziwą epidemię gruźlicy.
Nie ma żadnych wątpliwości, że ta epidemia była związana ze zmianą warunków egzystencji dużych mas ludności. Jak wiemy z historii następowało masowe wywłaszczanie chłopów z pańszczyzny w celu uzyskania taniej siły roboczej niezbędnej do dalszego rozwoju przemysłu.
Przypomnę, w erze pańszczyzny chłop miał chałupę i działkę przyzagrodową i serwituty. Po uwłaszczeniu musiał iść do miasta, żył jak pies w zagrzybionej suterenie i musiał pracować w ciemnym pomieszczeniu po 14 – 16 godzin na dobę.
Dzieci chłopskie „ciężko” pracowały, pasąc gęsi na świeżym powietrzu, a dzieci robotnika gniły w suterenie lub umierały  podczas pracy w fabrykach. W Anglii w XIX wieku, średni czas życia robotnika to było 15.3 lat.
Stąd właśnie epidemia gruźlicy i krzywicy i dzieci.
A jakie leczenie ordynowano?
Wyjazd w góry: „bo górskie powietrze dobrze robi”. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z górskim powietrzem, ale ze słońcem czyli po prostu z witaminą D.  Gęste opary dymów fabrycznych i pobyt po 16 godzin w pomieszczeniach uniemożliwiały korzystanie z boskiego wynalazku, to jest fal elektromagnetycznych – zwanych promieniami słonecznymi – tworzącymi witaminę D w naszym organizmie.
Po 100 latach mamy to samo.
Proszę mi pokazać położnika, ginekologa, który swojej podopiecznej w ciąży zaleca wykonywanie co kilka tygodni badanie poziomu 25 OHD i żelaza? Pomimo 50 lat doświadczeń akademickich nie znam takiego przypadku w powojennej Polsce. A przecież XIX wieczni pisarze opisywali jak to kobiety po dzieciach traciły włosy i zęby.
Czyli zamiast się uczyć na doświadczeniu minionych pokoleń nauka odeszła od życia.
Dzisiaj stosuje się fototerapie  w leczeniu żółtaczki podobnie jak w XIX wieku wyjazdy w góry.
Istota rzeczy w obu przypadkach  jest  taka sama; to właśnie witamina D.
Brak tej wiedzy, to jest właśnie rezultat obcinania godzin edukacji studentów medycyny z przedmiotów teoretycznych. Co tak skutecznie czyniono po 1989 roku.
„Nasze” ministerstwo zdrowia pod wpływem mądrych z City of London zredukowało w ostatnim okresie studia medyczne o ponad 1000 godzin a pani Kopacz postawiła kropkę nad „i” formalizując te studia do 5 lat, z 8 bezpośrednio po wojnie.
Badacze wymienionej pracy analizowali koncentracje 25OHD u niemowlaków od 2 do 10 dnia po porodzie z żółtaczką.
Wnioski z tej pracy: średni poziom witaminy D u noworodków z żółtaczką wynosił jedynie 10 ng. Norma – nawet ta stara – to jest powyżej 30, a powinno być powyżej 50 ng.
Obecnie, 80 lat po wojnie, widzę nadal wyraźne objawy krzywicy u dzieci w pierwszym roku życia, w mieście wyższej uczelni medycznej!!!
Co  w takim razie jest w miasteczkach czy na wsi?
Dziwnym trafem osoba będąca konsultantem krajowym z pediatrii niejaka pani prof. Teresa Jackowska zajmuje się częściej reklamą sprzedaży szczepionek, lub pracami administracyjnymi w rodzaju książeczek zdrowia dziecka, zamiast przypominaniem, że przeczosy na potylicy są dowodem wprost, braku witaminy D u dziecka.
Powróćmy do monopolu sprzedaży preparatów medycznych w Polsce. Niestety, jakość ich nie jest w żaden sposób kontrolowana. Moje doświadczenie pokazuje jednoznacznie, że nie wszystkie witaminy D znajdujące się na rynku posiadają taka sama jakość. Można więc wydać kupę pieniędzy, a poziom 25 OHD w surowicy dziecka wcale nie wzrośnie.
Należy więc, przy okazji innych zaleconych badań koniecznie wykonać chociaż raz na rok badanie 25OHD i w zależności od stwierdzonego poziomu dawkować preparat.
Przypominam, że proszek firmy niemieckiej kupowany w Niemczech, i tej samej niemieckiej firmy kupowany w Polsce to zupełnie dwa różne preparaty.
Dzieciom do 3 roku życia nie należy podawać tranu. Wątroba takiego malucha jeszcze prawidłowo nie jest ukształtowana.
Poza tym, te preparaty pod nazwą tranu są obecnie przygotowywane z ryb karmionych GMO i innymi świństwami. W Norwegii czy Islandii ryby hoduje się tak jak u nas świnie.
Odradzam stanowczo zakupu tego rodzaju produktów dla dzieci.
Znam osobiście przypadki podawania dzieciom tranu przez jesień, tego najdroższego z apteki. U dziecka, które miało po wakacjach poziom 35 ng, po wypiciu 3 butelek tego płynu zwanego tranem zanotowano poziom 25 OHD  – 17 ng, przyjmowało tran wg zalecanej w ulotce dawki dziennej.
To jest świadectwo jakiej jakości był to preparat.
Niestety ani Główny Inspektor Sanitarny,  ani podległe mu placówki nie kontrolują tranu i nie informują  PT Lekarzy o jakości tych preparatów.
A niby w jakim celu?
Przecież pensja i tak płynie.
Dr Jerzy Jaśkowski
Gdansk, 12.02.2017 r.
  • Zdjęcie tytułowe za: abcZdrowie.pl  / wybór zdjęcia wg.pco

czwartek, 16 lutego 2017

7000 lat temu miał miejsce "słoneczny kataklizm"?



7000 lat temu miał miejsce "słoneczny kataklizm"?
Japońscy uczeni badający sosny długowieczne - drzewa dożywające bardzo sędziwego wieku, odkryli w ich słojach zawyżony poziom izotopu węgla-14 znajdujący się w warstwach sprzed ok. 7000 tys. lat. Sugeruje to - ich zdaniem - że w tamtym okresie doszło na Ziemi do nieznanego bliżej wydarzenia związanego z aktywnością słońca. Ilość zgromadzonego pierwiastka sugeruje, że wydarzyło się wtedy, coś bardzo dziwnego - Słońce albo "ucichło", stało się słabe i przestało być aktywne, albo na naszej gwieździe doszło do kilku potężnych wybuchów, które spowodowały na Ziemi ogromną burzę magnetyczną (w obu przypadkach poziom węgla-14 może ulec nagłemu wzrostowi, co niestety utrudnia ocenę tego, co zaszło). Uczeni odkryli też, że dwa podobne wydarzenia, choć znacznie mniej intensywne miały miejsce ok. VIII i X w. n.e. Czy miało to jakiś wpływ na Ziemię i jej mieszkańców? Tego niestety nie wiadomo, choć dr Robert Schoch, z którym wywiad NŚ opublikowało kilka miesięcy temu jest zdania, że w przeszłości nadaktywność Słońca mogła odpowiadać za kataklizmy naturalne i wpływała na los cywilizacji.


New research suggests that, around 7,000 years ago, Earth was blasted with a period of solar activity so extreme, that traces of the event can still be seen in the carbon…
sciencealert.com|Od: Fiona MacDonald

środa, 15 lutego 2017

PROMIENIOWANIE KOMPUTERA, CZYLI LAPTOP Z KOLAN!





 
W pracy często przez 8 godzin wpatrujesz się w jego ekran, a po powrocie do domu… od razu ląduje na Twoich kolanach. Jedząc kolację scrollujesz wiadomości na Facebooku, a przed snem czeka Cię jeszcze odcinek ulubionego serialu. Jeśli ten scenariusz jest Ci bliski i nie wyobrażasz sobie życia bez laptopa, dowiedz się, jaki wpływ może mieć na Twój organizm oraz co zrobić, żeby korzystanie z niego było zdrowsze.
Spójrzmy prawdzie prosto w oczy – w Twoim (i nie tylko Twoim laptopie) drzemią EMonsters, które uaktywniają się jeszcze bardziej, gdy trzymasz go na kolanach. Bo choć lap oznacza po angielsku kolano – to właśnie ta część ciała jest miejscem, na którym zdecydowanie przenośnego komputera umieszczać nie należy! Można nawet powiedzieć, że to najgorszy sposób korzystania z tego typu sprzętu. Urządzenie nagrzewa się, emitując niewidzialne zagrożenie, czyli właśnie PEM. Jaki wpływ na zdrowie może wywierać długotrwałe korzystanie z komputera?

Pierwsze oznaki zbyt długiego przebywania przed ekranem komputera to m.in. uczucie zmęczenia, bóle mięśni, nerwowość oraz bezsenność. Nie lekceważ tych pozornie błahych objawów. Łatwo zrzucić je na karb zmęczenia i przepracowania, warto jednak wiedzieć, że winowajcą może być również… właśnie laptop!

Promieniowanie emitowane przez laptop znajdujący się na naszych kolanach może mieć wpływ na płodność. Dotyczy to zwłaszcza młodych mężczyzn – termiczne skutki promieniowania mogą mieć wpływ na zwiększenie śmiertelności plemników, a to może prowadzić do bezpłodności.

Promieniowanie emitowane przez komputer może mieć negatywny wpływ także na skórę, która staje się sucha i pomarszczona, gdyż jej komórki reagują na PEM „poparzeniem”. W efekcie narażona jest na fotostarzenie – zmiany wywołane nadmierną ekspozycją na promieniowanie.

W skrajnych przypadkach częste umieszczanie laptopa na kolanach, w zależności od czasu ekspozycji i typu skóry, może grozić nawet wystąpieniem tzw. „syndromu zgrillowanych nóg” – za tą może śmieszną nazwą kryje się już zdecydowanie mniej śmieszne schorzenie objawiające się brązową i łuszczącą się skórą.

Szwajcarscy naukowcy z Uniwersyteckiego Szpitala w Bazylei potwierdzili związek między korzystaniem z laptopa a zwiększonym ryzykiem pojawienia się dermatoz (chorób skóry).

Jak zmniejszyć negatywne oddziaływanie związane z umieszczaniem laptopa na kolanach?


-Po pierwsze (i oczywiste) – po prostu nie trzymaj go na kolanach:). Poziom odziaływania pola elektromagnetycznego maleje wraz z odległością od jego źródeł. Im dalej od ciała zlokalizowany jest komputer, tym mniejsza dawka promieniowania. Pamiętaj też o zachowaniu odpowiedniego dystansu od monitora – odległość ta powinna wynosić minimum 90 cm.
-Jeśli nie możesz rozprawić się ze złym nawykiem trzymania laptopa na kolanach, rozwiązaniem może być też używanie specjalnych podkładek, chroniących przed promieniowaniem emitowanym przez komputer.
-Prostym i skutecznym sposobem na ograniczenie PEM jest również korzystanie z laptopa zasilanego tylko i wyłącznie baterią. Trzymając go więc na kolanach, nigdy jednocześnie go nie ładuj (podłączenie do prądu = emisja PEM).
-Dla nieprzekonanych mamy jeszcze 1 argument – trzymając laptopa na kolanach szkodzisz nie tylko sobie, ale również urządzeniu! Brak odpowiedniego podłoża może bowiem całkowicie uniemożliwić pracę wentylatora, a w rezultacie prowadzić do przegrzania sprzętu.

Aby zmniejszyć szkodliwy wpływ laptopa na samopoczucie wystarczy zmienić złe nawyki oraz sposób, w jaki spędzasz wolny czas. Według najnowszych badań przeciętny Polak przeznacza aż 2,1 h dziennie na media społecznościowe! Być może zamiast śledzić najnowsze posty na Facebooku (poza postami na naszym profilu oczywiście:)), warto zdjąć laptopa z kolan i zamienić go… na kota i dobrą lekturę? Zyska na tym zarówno ciało, jak i umysł.

wsparcie merytoryczne: electrisense.com, smmeasure.eu, safespaceprotection.com, poradnikzdrowie.pl