Wśród całej palety zjawisk niewyjaśnionych są także takie, które naszym zdaniem są po prostu udowodnione. I to udowodnione ponad wszelką wątpliwość!
Do takich zjawisk należy zjawisko UFO. I od razu na
samym początku warto zrobić małe zastrzeżenie: dla nas UFO to nie
„tajemnicze nowe drony wojskowe o dziwnych kształtach” lub „kule energii
przemierzające niebo, które wydostają się z ziemi podczas wielkiego
tarcia płyt tektonicznych”, ale
pojazdy z załogami obcych istot, które nie są ludźmi i które odwiedzają od tysięcy lat naszą planetę.
Oczywiście wśród tej grupy znajdują się także pojazdy bezzałogowe,
ale są one także wytworem obcej technologii. Ktoś mało orientujący się w
tematyce UFO zada pełne złośliwej drwiny pytanie: a jakie są te wasze
„ostateczne” dowody?
Macie „złapanego obcego”? Mówił na temat
obecności UFO na ziemi papież Franciszek lub Prezydent USA? Posiadacie
wrak pojazdu UFO?! I tak dalej – można te pytania ciągnąć w
nieskończoność.
Oczywiście
jest tu błąd w założeniu, gdyż dla nas jako organizacji zajmującej się
od tylu lat badaniem i dokumentowaniem tego zjawiska jest oczywiste, że
ani „obcy nie dadzą się nigdy złapać”, ani owe pojazdy „się nie rozbiją”
– ta technologia jest niezawodna w stopniu, w którym najbardziej
zaawansowane technologicznie urządzenie na ziemi jest „nic nie wartym
złomem”. Nigdy na ten temat nie przemówi ani Ojciec Święty, ani żadni
„wielcy liderzy”. Powód jest o wiele prostszy niż wielu sobie wyobraża:
wiele wskazuje na to, że wiedzą oni na ten temat tylko tyle, na ile
pozwala „druga strona”. A ona pozwala na niewiele.
DOBRA RADA STANTONA FRIEDMANA…
Ale są inne dowody. Dowody ponad wszelką wątpliwość, o mocy tak potężnej, że jak powiedział

kiedyś wielki znawca zjawiska UFO
Stanton Friedman
„na podstawie dowodów przemawiających za istnieniem latających spodków
można by skazać w sądzie na karę śmierci każdego kryminalistę”.
Poznaliśmy Stantona Friedmana we wrześniu 2015 podczas naszego pobytu w
Los Angeles i zapytaliśmy go o ludzi, którzy mimo przedstawienia
dowolnych materiałów świadczących o prawdziwości zjawiska UFO cały czas
negują absolutnie wszystko, a on uśmiechnął się, chwilę pomilczał, po
czym powiedział:
-
Są zaciekłe głupki, które nigdy nie uwierzą w UFO
nawet, jakby przedstawić im owe wyśnione materialne dowody, których się
tak rzekomo od lat domagają. Już dawno przestałem sobie tymi ludźmi
zawracać głowę i wam też to radzę – to strata naszego cennego czasu!
Oczywiście Stanton Friedman ma absolutną rację. Warto jednak przez
chwilę zatrzymać się przy kwestii dowodów, które nie są dowodami dla
wspomnianej przez Friedmana grupy, ale są jak najbardziej dowodami dla
nas – ludzi tworzących pokład okrętu Nautilus. Każdy z nas widział
obiekt UFO – wielu wykonało zdjęcia czy filmy. Bardzo często właśnie
dzięki temu trafili do Fundacji Nautilus, ale mimo wszystko istnienie
tajemniczego obiektu na niebie (nawet zachowującego się w niesłychanie
dziwny sposób) nie jest dowodem na to, że Ziemia jest odwiedzana przez
pozaziemskie pojazdy. I jest to prawda, ale... droga do udowodnienia
tego faktu jest inna. Jaka? Przez konkretne przypadki kontaktu ludzi z
istotami z UFO. Taką historią jest
przypadek Travisa Waltona z 1975 roku.
Bezdyskusyjny, obezwładniająco wiarygodny, posiadający wszystko –
dokumenty sądowe, policyjne i straży pożarnej, zeznania wielu
niezależnych świadków, ślady na ziemi, a nawet ślady na ciele świadka.
Warto przypomnieć w skrócie te historię.
TO MIAŁ BYĆ ZWYKŁY DZIEŃ PRACY W LESIE
Zaczęło się wszystko banalnie. Jest wczesny poranek w środę
5 listopada 1975 roku.
Siedmiu młodych chłopców pracuje jako drwale na obszarze parku leśnego
Apache-Sitgreaves w Arizonie. To miał być zwykły dzień, jakich setki.
Akurat kończyli kontrakt na wyręb kilkudziesięciu drzew, co miało służyć
tzw. przerzedzeniu (zwykłe prace leśne).
Szefem całej grupy był 29-cio letni
Mike Rogers – najbardziej doświadczony z całej siódemki. Mieli dobry czas, cała grupa przejęła bardzo

atrakcyjne
zlecenie. Młodzi drwale mieli ustalony podział pracy włącznie z
dolewaniem paliwa do pił czy odcinaniem gałęzi na ściętych pniach.
Było kilka minut po szóstej, kiedy zaczęło się ściemniać. Grupa
postanowiła wyruszyć do domu. Zapakowali wszystkie rzeczy do samochodu
typu pick-up i zaczęli jechać przez las. W czasie jazdy część z drwali
spała, a część opowiadała sobie dowcipy. Był kwadrans po szóstej, kiedy
nagle po prawej stronie dostrzegli dziwne czerwone światło przebijające
się przez drzewa. Kiedy zbliżali się do tego światła byli przekonani, że
to prawdopodobnie samolot, który albo rozbił się na ziemi, albo „zawisł na drzewie”.
Kiedy podjechali bliżej, na tyle blisko, że widzieli polanę z tajemniczym światłem, w samochodzie rozległy się krzyki „
Boże, to jest latający spodek!”. Widok nie pozostawiał nawet cienia wątpliwości.
Nad polaną unosił się potężny latający obiekt, który lekko opalizował
złotawym światłem. Obiekt przypominał dwie połączone ze sobą miski. Nie
było widać żadnych wystających anten czy w ogóle jakichkolwiek części.
Stał nieruchomo w powietrzu – jak opisywali świadkowie – niczym skała.
Mężczyźni byli tym widokiem oszołomieni, lecz jeden z nich,
Travis Walton, zdecydował się podejść tak blisko, że znalazł się… pod obiektem!

Nad
nim – jak potem opowiadał – „wisiało w powietrzu kilkadziesiąt ton
jakiegoś pojazdu”. Pozostali koledzy krzyczeli, aby tego nie robił, lecz
on po prostu z głupoty i brawury postanowił zobaczyć UFO z bliska. Jak
opowiadał, słyszał jednostajny szum przypominający pracę cichego
urządzenia elektrycznego, który wydawał z siebie obiekt. Rodzaj
buczenia, które słychać w pobliżu dużych kondensatorów.
UNIÓSŁ SIĘ W POWIETRZE NA 5 METRÓW NAD ZIEMIĘ!
Nagle dźwięk wydawany przez pojazd zmienił się na bardziej
intensywny. UFO zaczęło się wznosić w górę, a w jasnej poświacie nad
ziemię uniósł się także Travis Walton, po czym został odrzucony do tyłu
na ziemię.
UFO znowu przestało się poruszać, a Travis leżał nieruchomo na ziemi. Nad nim cały czas unosił się dziwny obiekt.

Przerażeni
tym drwale wskoczyli do samochodu i zaczęli nim uciekać, aby wezwać
pomocy w najbliższym mieście. Po okresie szaleńczej jazdy po leśnej
drodze dotarło do nich, co się stało i że zostawili tam swojego kolegę.
Po krótkiej dyskusji postanowili wrócić na miejsce, ale polana okazała
się pusta. Nie było śladu po latającym obiekcie, a także po Travisie
Waltonie. Stało się jasne, że UFO musiało go zabrać z tej polany. Przez
chwilę próbowali krzyczeć imię „Travis”, ale kiedy nikt nie
odpowiedział, wrócili do najbliższej osady, czyli Heber.
POWIEDZCIE CHŁOPCY, DLACZEGO ZABILIŚCIE TRAVISA I GDZIE UKRYLIŚCIE ZWŁOKI?
Bez chwili wahania cała szóstka zgłosiła się na policję. Wszyscy
potwierdzili zgodnie, że nad polaną unosił się obiekt UFO, który
najprawdopodobniej uprowadził ich kolegę Travisa Waltona. Zgodność ich
relacji, a także wprost fenomenalne potwierdzenie, które ta wersja
uzyskała dzięki wykrywaczowi kłamstw (testom poddani zostali wszyscy
drwale - oprócz jednego, który odmówił testu - jadący tego dnia z
Waltonem) sprawiły, że policja po raz pierwszy uznała wersję o
„latającym talerzu” jako „najbardziej prawdopodobną”.
Warto pokazać historyczne dokumenty z policji, które były dołączone
do sesji na wykrywaczu kłamstw. Dokumentację tej sprawy mamy w naszym
archiwum w Bazie FN.
W prasie ukazało się wiele tekstów na temat tajemniczego zniknięcia Travisa Waltona.
ZNIKNĄŁ JAK KAMIEŃ W WODĘ!
Minęło pięć dni. Przez ten czas został bardzo
dokładnie przeszukany las. Brano pod uwagę wersję o celowym porwaniu, a
także przypadkowym wypadku, śmierci Travisa i ukryciu jego zwłok przez
pozostałych drwali. Jednak ich zachowanie i zeznania złożone pod
przysięgą wprawiały policję w bezgraniczne zdumienie. Mówili oni
wyraźnie, że widzieli „latający obiekt UFO, który uniósł w powietrze ich
kolegę”. Zeznania składane oddzielnie przez każdego z mężczyzn były
zgodne ze sobą nawet w najdrobniejszych szczegółach, co wykluczało
mistyfikację. Po pięciu dniach od zniknięcia Travisa Waltona nagle na
policji zadzwonił telefon. Była noc. Okazało się, że Travis Walton
znalazł się kilkadziesiąt kilometrów od miejsca, w którym ostatni czas
widzieli go jego koledzy.
Odzyskał przytomność leżąc na poboczu drogi prowadzącej do Herber.
Po odzyskaniu świadomości zobaczył oddalający się w powietrzu jasny
dysk, który w całkowitej ciszy majestatycznie odleciał pod kątem w
niebo. Nie pamiętał momentu, kiedy opuścił pojazd. Był bardzo osłabiony.
Dotarł do pobliskiego motelu, po czym natychmiast zadzwonił do swojej
rodziny i na policję.
Tego samego wieczoru złożył zeznania. Opisywał rzeczy, które – jak
sam przyznaje w swojej książce – wprawiły w osłupienie policjantów.
Potwierdził, że istotnie z własnej głupoty i szczeniackiej brawury
postanowił zobaczyć, jak wygląda pojazd UFO „od dołu”. Nie pamiętał
samego uniesienia w powietrze przez obiekt. Po prostu nagle stracił
przytomność.
NA POKŁADZIE STATKU MATKI
Kiedy ją odzyskał, leżał w jakimś pomieszczeniu. Miał trudności z
oddychaniem, gdyż powietrze było bardzo gorące i gęste. Przez dłuższą
chwilę nie był w stanie otworzyć oczu, czuł ból w całym ciele. W ustach
czuł smak metalu. Potem zaczął powoli otwierać oczy i obraz – z początku
zamazany – stawał się wyraźniejszy. Widział, że światło pochodzi z
jasnego prostokąta, który był na suficie pomieszczenia.
Nad nim pochylały się jakieś sylwetki. W pierwszej
chwili – jak sam przyznał – myślał, że są to lekarze. Dopiero po chwili,
kiedy jego wzrok odzyskał właściwą ostrość widzenia zorientował się, że
to „na pewno nie są ludzie”. On sam leżał na czymś, co przypominało
„stół operacyjny w szpitalu”. Na piersi miał jakieś urządzenie, które
zrzucił jednym ruchem ręki, a ono spadło na podłogę.
Travis sam zeskoczył z owego dziwnego łóżka i w kompletnej panice
próbował atakować trójkę dziwnych istot. Do ręki wziął jeden z
przedmiotów, który leżał obok dziwnego łóźka. Próbował użyć go jako
narzędzia do ataku na humanoidów, jednocześnie krzyczał próbując je
odstraszyć własnym głosem. Te w całkowitym milczeniu natychmiast wyszły z
pomieszczenia.
Opisywał te istoty bardzo dokładnie.
Mieli bardzo duże jasne głowy i ogromne oczy. Humanoidy
miały podobnie jak ludzie ręce i nogi, także zapamiętał, że mieli po
pięć palców u rąk. Na sobie mieli jednolite kombinezony. Byli wyraźnie
niżsi od ludzi.
Kiedy został w pomieszczeniu sam, ponownie wpadł w panikę. Po lewej
stronie dostrzegł mały otwór, którym wyszedł z pomieszczenia. Był tam
korytarz, którym zaczął się powoli poruszać. Wtedy zrozumiał, że jest
wewnątrz pojazdu, który widział tuż przed utratą przytomności.
Poruszał się korytarzem, który był pogrążony w delikatnym świetle.
Korytarz prowadził do dużego pomieszczenia, w którym dostrzegł coś w
rodzaju fotela, który znajdował się pośrodku. Przed nim znajdowała się
konsola z jakimiś przyciskami, które także opalizowały delikatnym
światłem. Nagle zobaczył, że do pomieszczenia weszła kolejna istota, ale
zupełnie inna, niż tamci humanoidzi.
Tym razem miał przed sobą człowieka! Przybysz
miał na głowie coś w rodzaju szklanego hełmu. Był potężny i
proporcjonalnie zbudowany. Travis Walton wyczuwał od niego ogromny
spokój. Zaczął mu zadawać pytania, ale mężczyzna milczał. W pewnym
momencie ujął go delikatnie za rękę i dał znak, aby szedł za nim.
Ponownie znaleźli się w korytarzu, który lekkim łukiem prowadził w prawo.

Weszli do ogromnego pomieszczenia, w którym – co bardzo ucieszyło Waltona –
było świeże i rześkie powietrze.
Dostrzegł kolejną dwójkę ludzi ubranych identycznie jak ten, który go
do tego pomieszczenia przyprowadził, lecz nie mieli na głowach żadnego
hełmu. Byli to kobieta i mężczyzna ubrani w jasnoniebieskie, ściśle
przylegające do ciała kombinezony. W ich obecności Travis Walton czuł
się bezpiecznie. Dali mu znak ręką, aby się do nich zbliżył.
Był tam stół, do którego wspólnie podeszli. Następnie
istoty z użyciem siły fizycznej położyły go na stole. Ostatnią rzeczą,
którą Travis Walton zapamiętał, było coś w rodzaju maski, z której
wystawał długi wąż I którą niezwykłe istoty założyły mu na twarz. Wtedy
stracił przytomność. Odzyskał ją dopiero na poboczu drogi, kiedy pojazd
UFO był widoczny w znacznym oddaleniu na ciemnym, nocnym niebie.
Do dziś w USA przez badaczy MUFON historia Travisa Waltona jest
traktowana jako „wzorzec” wśród najbardziej wiarygodnych historii
związanych z Bliskimi Spotkaniami Trzeciego Stopnia.
POWIEDZIAŁEM TRAVISOWI, ŻE NIE BIERZE POD UWAGĘ JESZCZE JEDNEJ WERSJI TEGO
WYDARZENIA! - rozmowa z prezesem Fundacji NAUTILUS.
FN: Jakie było twoje pierwsze wrażenie, jak poznałeś Travisa Waltona?
RB:
Od pierwszych minut po prostu bardzo polubiłem tego faceta. To jest
tak, że czasami dosłownie spojrzysz na człowieka, usłyszysz jego głos i…
wiesz, że mówi prawdę. Z Travisem Waltonem miałem dokładnie taką
sytuację. Pamiętam, że w pewnym momencie położył rękę na moim ramieniu i
powiedział: „Robert, to naprawdę się zdarzyło i ja wiem, że ty to
wiesz”. Pokiwałem tylko w milczeniu głową. Przejmujący moment. Nawet jak
teraz o tym myślę, to jak to się mówi - „czuję powiew kosmosu na
plecach”.
FN: Czy w Stanach Zjednoczonych jego historia jest uznana za dowód na obecność obcych na Ziemi?
RB:
Nie mogę mówić za całe Stany Zjednoczone, ale w amerykańskim środowisku
ufologicznym, które znam dość dobrze, nie ma osób kwestionujących
prawdziwość tego wydarzenia, a przynajmniej ja takich nie poznałem.. Ta
historia dosłownie obezwładnia ilością dowodów przemawiających za jej
prawdziwością. No i sam Travis Walton, którego prawdomówność nie tylko
została potwierdzona przez innych świadków, nie tylko została
zweryfikowana przez policyjne wykrywacze kłamstw, ale po prostu ten
człowiek… Znam tez ten typ ludzi z terenu Polski. Oni zaczynają mówić o
swoim przeżyciu z UFO i ja już wiem, że mówią prawdę. Jestem już na tyle
dojrzałym i doświadczonym człowiekiem, że moja wiedza i doświadczenie
wynikające z tysięcy odbytych rozmów z uczestnikami dziwnych wydarzeń
stanowią dla mnie potężną siłę przy weryfikacji takich właśnie historii.
Travis Walton jest niczym wzorzec metra w Sevres pod Paryżem – można
jego historii używać jako niedoścignionego ideału w czymś, co nazwałbym
dyskusją o dowodach w sprawie obecności UFO na Ziemi. Mówiłem Travisowi
Waltonowi, że my w Polsce także mamy kilka takich historii, które
uważamy za należące do kategorii nazwanej przeze mnie „100 na 100”.
Przede wszystkim Zdany, ale także Emilcin, ale także uprowadzenie załogi
kutra na Bałtyku w 1983… Bardzo go ta ostatnia historia zainteresowała.
Dostrzegł wiele podobieństw między swoim pobytem na pokładzie UFO a
opowieścią polskich marynarzy. Inna sprawa, że w historii Travisa o jego
super-wiarygodności zdecydował trochę łut szczęścia…
To znaczy?
Już
wyjaśniam. Normalnie, jak dojdzie do Bliskiego Spotkania Trzeciego
Stopnia z UFO, robimy dokumentację każdej historii. Nagrywamy relację
świadków, robimy zdjęcia miejsca zdarzenia, ja bardzo często proszę
świadków, aby sami narysowali to czy tamto. Przeważnie już po kilku
minutach wiem mniej więcej, czy taka historia zdarzyła się naprawdę.
Jaki procent twoim zdaniem jest prawdziwych?
Przytłaczający!
To wielki mit, że są jacyś „dowcipnisie, którzy opowiadają banialuki
aby zrobić żart” i tak dalej – tak myślą naiwni ludzie, nie mający
doświadczenia w badaniu takich zdarzeń w terenie, oderwani od
rzeczywistości. Prawda jest taka, że nikomu o zdrowych zmysłach nie chce
się tracić czasu na odgrywanie jakiegoś teatru dla badaczy UFO, ale…
wracając do Travisa Waltona – ta historia miała ogromne szczęście, że
zaangażowała się w nią policja.
Policja?
Tak,
gdyż na miejsce ściągnięto najlepszego fachowca w całej Arizonie od
badania prawdomówności na wykrywaczy kłamstw. Travis opowiadał mi, że
dosłownie ten gość nie miał praktycznie ani jednej wpadki! Przy badaniu
dwóch osób na wykrywaczu kłamstw nie było szans, aby udało się go
oszukać. Trzech – to już w zasadzie jak to się mówi „po zawodach”.
Tymczasem on dokładnie przebadał sześć osób! Po tych wszystkich testach
gość wyszedł dosłownie blady jak ściana z komisariatu policji. Jeden z
kolegów Travisa opowiadał, że ten facet stanął nieruchomo przed
komisariatem, długo patrzył w niebo i powiedział głośno do siebie: „No
to mnie urządzili… już nic dla mnie nie będzie takie samo, jak kiedyś!”.
Uścisnął im ręce, wsiadł w samochód i szybko odjechał. Był w szoku.
Jeden z tych świadków nie zgodził się na próbę na wykrywaczu kłamstw?
Tak.
To przez całe lata było uznane za wielki dowód „obalający prawdziwość
tego zdarzenia”. Prawda była jednak banalna. Ten chłopak był mocno
skonfliktowany z Travisem Waltonem, często się kłócili. Bał się, że
obleje z jakiegoś powodu ten test i wsadzą go do więzienia na wiele lat.
Dlatego odmówił. Kilka lat temu na prośbę jednej ze stacji
telewizyjnych już jako dojrzały mężczyzna poddał się weryfikacji na
najlepszym wykrywaczy kłamstw w całych Stanach Zjednoczonych.
Jak wypadł?
Test
zdał celująco, uzyskał maksymalny wynik prawdziwości. Pracownik biura
federalnego wykonujący ten test powiedział potem, że nie wierzył w UFO,
ale teraz zmienił zdanie. To taka piękna „kropka nad i” tej historii,
którą zresztą Travis Walton pięknie opisał w swojej książce.
Czyli to się naprawdę zdarzyło?
Tak.
Nie ma sensu nawet dyskutować, z mojego punktu widzenia nie ma zresztą o
czym… W przypadku tej historii jest bardzo podobnie jak z naszą
historią ze Zdanów czy Emilcinem – gdzie człowiek nie poszuka, to zawsze
tam coś znajdzie, co tylko potwierdza, że jest to prawda i cała
historia jest stuprocentową prawdą. Pojawił się w związku z Emilcinem
zakłamany kretyn bredzący o tym, że Emilcin to dzieło
„super-mega-hiper-mistrza świata hipnotyzera Wawrzonka”?! No to
wyciągnęliśmy setki listów Ś. P. pana Wawrzonka, które wysyłał masowo
przez kilkanaście lat po Emilcinie do naszych znajomych interesujących
się UFO, skontaktowaliśmy się z rodziną Wawrzonka, usłyszeliśmy
niesamowite szczegóły od jego syna dotyczące ojca, odszukaliśmy ludzi,
którzy znali go osobiście, a także wiedzieli wszystko o jego żenującym i
zabawnie nieudanym „incydencie z chwilowym zainteresowaniem hipnozą na
poziomie podwórkowym”… I tak nagle dostaliśmy do rąk całe tomy
materiałów, które nie tylko są dowodami na prawdziwość historii z
Emilcina, ale także poznaliśmy nowe wątki tego wydarzenia, o których
wcześniej nawet nie mieliśmy pojęcia! Z historią Travisa Waltona było
dosłownie identycznie. Też były jakieś głupki wymyślające najbardziej
udziwnione i idiotyczne hipotezy rzekomo demaskujące to wydarzenie, a
kiedy znaleźli się ludzie idący tym tropem, to tylko natrafiali na
kolejne potwierdzenia prawdziwości tego zdarzenia. Travis świetnie to
opisał w książce… mam nadzieję, że uda nam się ją przetłumaczyć i wydać w
Polsce.
Chcesz go zaprosić do Polski?
Już to zrobiłem. Ale o szczegółach na razie nie mówmy.
Dobrze. Co dała nam, ludziom zajmującym się badaniem zjawiska UFO, historia spotkania z UFO Travisa Waltona?
Powiem
we własnym imieniu – dla mnie historia Travisa Waltona to kamień milowy
w zrozumieniu tego, co kryje się za UFO. Po pierwsze ta historia posyła
w daleki kosmos wszelkie brednie, że „UFO to tylko produkty chińskich
czy japońskich tajnych służb” albo że „w latających spodkach są
wyłącznie ludzie z przyszłości” itp. W tej historii były humanoidy
bardzo podobne do człowieka, ale także inne, mniejsze istoty. Ta teza o
„różnorodności istot poruszających się pojazdami UFO” już wcześniej była
dla mnie oczywista, ale historia Travisa jedynie utwierdziła mnie w
tym, że moje myślenie jest prawidłowe. W tej historii występuje także
potężny statek matka, z ogromnym hangarem, w którym stoją „latające
spodki”. Od dawna mamy setki dowodów na to, że my widzimy tylko „lekkie
statki zwiadowcze”, najczęściej w kształcie latających spodków. Duże
jednostki przypominające potężne statki międzyplanetarne są w pewnym
oddaleniu od Ziemi, ukryte za specjalnymi ekranami przed naszymi
teleskopami czy śmiesznymi radarami w kształcie durszlaków… Albo sprawa
owego gęstego, gorącego i wilgotnego powietrza, które było na pokładzie
statku-matki, na który trafił Travis Walton. Wiadome i logiczne jest to,
że na pokładzie statku panuje taka atmosfera, która jest najbardziej
zbliżona do atmosfery panującej na planecie, z której pochodzi załoga
statku. Jest dla mnie oczywiste, że nie jest to Ziemia… takich ciekawych
drobiazgów jest bez liku. Powiedziałem też Travisowi Waltonowi, że nie
bierze jeszcze jednej wersji tego wydarzenia pod uwagę!
Co masz na myśli?
Pomyśl
przez chwilę. Grupa młodych drwali przemierza w nocy całkowite
pustkowie w lesie. Widzą światło, które okazuje się potężnym pojazdem
UFO wiszącym na małej wysokości nad Ziemią. Kiedy jeden z nich okazuje
się być młodym szaleńcem i wchodzi pod ten pojazd, wtedy UFO zaczyna
odlatywać, a on zostaje uniesiony w powietrze, po czym nieprzytomny
upada na ziemię. Nie uderzył w niego żaden promień, jak to było
opisywane w niektórych brukowcach, ale uniósł się w górę w jasnym
świetle, które pojawiło się pod pojazdem, kiedy ten zaczął nabierać
wysokości.
Co sugerujesz?
Nie
można wykluczyć, że był to efekt uboczny napędu tego pojazdu, a nie
żaden „atak na człowieka przez obcych”. Po prostu chyba nawet obcy nie
wzięli pod uwagę tego, że znajdzie się młody chłopak na tyle szalony,
aby wejść pod ten pojazd… O tym, że było to śmiertelnie niebezpieczne
może świadczyć fakt, że kaski na głowach pozostałych drwali zostały
silnie napromieniowane, a przecież stali oni w znacznej odległości od
pojazdu, bo tylko Travis Walton podbiegł do UFO. Koledzy obserwowali tę
scenę z oddalenia, a i tak ich kaski po kontakcie z miernikami
promieniowania dosłownie zachowywały się jak małe piecyki! Można sobie
tylko wyobrazić, jaką dawkę promieniowania przyjął Travis Walton.
Powiedziałeś mu o tym?
Oczywiście.
I co on na to?
Moja
hipoteza wbiła go trochę w ziemię. Sam był zdumiony, że po tej całej
przygodzie nie miał żadnych objawów choroby popromiennej. Dosłownie
zero! Biorąc pod uwagę element „kasków pozostałych drwali” można
postawić tezę, że ktoś chyba uratował mu życie cofając efekty przyjęcia
super potężnej dawki śmiertelnego promieniowania!
Sugerujesz, że to nie było porwanie?
Dokładnie.
Moim zdaniem śmiało można założyć, że Travis Walton zrobił coś, czego
załoga UFO nie przewidziała i co stanowiło dla niego śmiertelne
zagrożenie. Stąd ich decyzja o próbie odlecenia od Travisa, która
skończyła się tym, że poderwało go do góry pod napęd statku… Mógł to być
po prostu wypadek.
Czyli potem… zabrali go, aby uratować mu życie?
Moim
zdaniem ta hipoteza jest bardzo prawdopodobna. Po przyjęciu tak dużej
dawki promieniowania skonałby w niesamowitych męczarniach w ciągu
tygodnia. Tymczasem w niepojęty dla mnie sposób cofnęli to,
zregenerowali mu ciało. Travis w błędny sposób ocenił całe zajście.
Przez własną głupotę mógł stracić życie, ale ono zostało mu łaskawie
odratowane przez wyższą siłę. Absolutnie spoza Ziemi.
Ciekawe. Nikt wcześniej na to tak nie patrzył?
Absolutnie
nikt. W Stanach Zjednoczonych przyjęło się powszechnie nazywać tę
historię słowem „abduction”, czyli uprowadzenie. Moim zdaniem powinno
się je nazwać raczej jako „rescue mission”, czyli „misja ratunkowa”.
Jaki jest z tego wszystkiego wniosek?
Bardzo
prosty. Jak już kiedyś zobaczycie latający spodek unoszący się nad
ziemią, to Broń Boże nie wchodźcie pod niego „dla zgrywy i przygody”,
bo… igracie z własnym życiem.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała JMZ.
Baza FN, 26 grudnia 2015 roku
Jeden z odcinków serii „Paranormal Witness” (w polskiej wersji -
„Doświadczyć Niezwykłego”) był poświęcony historii Travisa Waltona.
Serię tę dokumentujemy w ramach Archiwum FN. Specjalnie na potrzeby tego
tekstu umieściliśmy ten odcinek na naszym portalu vimeo.
UPROWADZENIE materiał o przypadku Travisa Waltona ARCHIWUM FN 2015 from
FundacjaNautilus on
Vimeo.
W
Stanach Zjednoczonych ukazał się najnowszy film dokumentalny
przedstawiający historię jednego z trzech najsłynniejszych Bliskich
Spotkań Trzeciego Stopnia w historii badania fenomenu UFO na całym
świecie, czyli historię Travisa Waltona podczas wyrębu lasu w 1975
roku...
Film jest naprawdę znakomity!