
Znowu kolejne lustro, kolejne zderzenie z rzeczywistością. Poprzez małe, niby nic nie znaczące słowo otworzyły się przede mną wrota poznania. I szczerze mówiąc już nic nie wiem.
Od
początku. Zaczęłam swoją podróż do poznania siebie dlatego, że już nie
mogłam wytrzymać ze sobą, miałam dosyć życia jakie prowadzę i chciałam
choć trochę zrozumieć swoje zachowanie i świat, który mnie otacza. Mgła
zaczęła się przecierać jakieś 2 lata temu. Do tego czasu medytowałam,
poznawałam swoje ciało, swoje myśli, siebie, było w sumie przyjemnie . 2
lata temu pierwszy raz zobaczyłam siebie w lustrze i wtedy zaczęły się
schody. Zobaczyłam kobietę, która chciała obwinić cały świat za swoje
nieszczęścia, a w rzeczywistości to sama je tworzyła. Kobietę, która
dąży do konfliktu w partnerstwie, bo taki program jej wgrano w
dzieciństwie. Kobietę, której bardzo wygodnie w roli ofiary, którą
przyjęła 20 lat temu i kobietę, która potrafi tak samo dobrze oszukać
siebie jak i świat wokół, że jest tak jak sobie wymyśliła. ..
Nie
zdarzało się to wszystko na raz. Były przerwy
miesięczne,paromiesięczne, parotygodniowe. Dzięki temu mogłam zbierać
siły na kolejne rewelacje. I tak, parę tygodni temu przyszła kolejna,
która już nadała nazwę mojej dolegliwości. To była rewelacja o nazwie
"syndrom sztokholmski " . Przetrzepało mnie jak zwykle. Z jednej strony
wiedziałam, że coś jest nie tak, z drugiej przecież nie wiedziałam czy
to faktycznie to. Umówiłam się ze swoją terapeutką, z którą widuję się
kiedy sama nie mogę czegoś przejść i po rozmowie z nią byłam trochę
spokojniejsza. Tak naprawdę nie ważne jak nazwę swoje stany,ważne że mam
odwagę je dostrzec, nazwać i chęć by coś z nimi zrobić. I tak znalazłam
się w stanie pomiędzy, w którym pozostałam przez parę tygodni.
Zastanawiałam się nad wszystkim, oddychałam, dziękowałam. A ostatnio...
I
teraz tak, sama już nie wiem gdzie leży granica mojej wyobraźni. Wiem
za to, że mam wyobraźnię, której nie powstydziłby się Tolkien. Więc jest
możliwe,że wymyślam kolejne choroby i dolegliwości by pozostać tu gdzie
jestem,w roli ofiary, bo to jest to co znam i czemu ufam. Możliwe. A
możliwe, że dotarłam do punktu, do którego miałam dotrzeć i ode mnie
teraz zależy, co z tym zrobię. Wiele możliwości, żadnej pewności.
Choroba
afektywna dwubiegunowa. Oto co do mnie przyszło. Nie będę tu opisywać
wszystkiego, bo życia by mi nie starczyło, ważne jest to , że
uświadomiłam sobie możliwość tej choroby we mnie. Po wszystkim
dziękowałam Bogu, że byłam w stanie pomiędzy, a nie gdzieś na wyżynach
swojej świadomości. Dzięki temu gdy runęłam w dół, nie porozbijałam się
za bardzo i dość szybko mogłam się pozbierać, by sobie wszystko
poukładać. Gdy doszło do mnie, że oprócz zwykłego zwichnięcia mogę być
najzwyczajniej w świecie nienormalna, i nawet mogę nazwać swoją chorobę,
coś we mnie pękło, ale jednocześnie odczułam coś na kształt ulgi. I po
pierwszych 2 dniach potrafiłam spojrzeć na wszystkie te lata z punktu
obserwatora. Wnioski do jakich doszłam wydają się być właściwymi, ale
oczywiście to czas pokaże.
Świat, w którym się
wychowałam, geny a także życie późniejsze w mniejszej skali mogły
spowodować u mnie chorobę dwubiegunową, z której nie zdawałam sobie
sprawy, bo, a) nie byłam jeszcze na to gotowa, b)wciąż żyłam w ramionach
choroby. Praca jaką nad sobą wykonałam pozwoliła mi powoli zdjąć
wszystkie maski po to bym mogła zobaczyć prawdziwą siebie. Może to być
równie dobrze inne schorzenie o takich samych objawach, w naszym świecie
chorób psychicznych jest więcej niż ludzi go zamieszkujących. Nie jest
tak bardzo ważne jak nazwę swoje spaczenie (choć gra to dużą rolę) jak to
co dalej z tym zrobię. Czy zaakceptuję tę niedoskonałość, która jest
jednocześnie moim największym życiowym lękiem, czy też odsunę od siebie i
włożę między bajki umysłu? Co, jeśli zaakceptuję? Terapia? Leki?
Kontynuacja swojej ścieżki i ufność, że wszystko będzie dobrze? Czy może
zwinięcie się w kłębek i pozostanie tak do końca świata? Duuużo pytań. I
o dziwo na wszystkie znalazłam odpowiedź. Tzn. na te, na które tej
odpowiedzi naprawdę potrzebowałam. Zwinięcie się w kłębek odpada, już
się nawijałam w życiu, teraz czas się rozwinąć. Akceptacja przede
wszystkim, myślałam,że będzie to trudniejsze, ale teraz,po tych paru
latach potrafię spojrzeć na siebie jak na własne dziecko i to mi bardzo
ułatwia akceptację niewygodnych prawd. Na bank spotkam się na dniach ze
swoją terapeutką i zobaczę gdzie mnie to zaprowadzi. W dalszym ciągu
będę nad sobą pracowała, mając swój niezawodny pamiętnik na podorędziu.
Dam sobie tydzień totalnego spokoju i wyłączenia, bo na to zasługuję i
tego potrzebuję. Jak na razie to jest mój plan i dalej nie wybiegam.
Takie to rozmyślania miałam ostatnio.
Pozdrawiam
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz