
Od pięciu lat jestem na drodze do odnalezienia siebie. Pięć lat powrotów do niechcianych wspomnień, walki ze sobą, poddawaniem się co i rusz, łez i wypłakiwania duszy. Coraz dłuższe momenty wzruszenia i radości, nauka miłości do samej siebie i szacunku. Gdy zaczynałam tę podróż nie sądziłam, że będzie tak długa, męcząca i samotna. W ogóle nic nie sądziłam, może oprócz tego, że mam dosyć siebie i życia jakie prowadzę. Swoich zachowań, wybuchów złości i niekontrolowanych emocji, które raniły mnie i ludzi naokoło. Tego niezrozumienia samej siebie...
Minęło
5 lat a ja wciąż jestem gdzieś na początku. Nie przeszkadza mi to, bo
różnica jaka zaszła we mnie i w moim życiu jest ogromna i teraz płaczę
zazwyczaj z radosnego wzruszenia. Zrozumiałam wiele, wiele jest jeszcze
przede mną ukryte. Poprzez powrót do traum z dzieciństwa i przerobienie
ich raz po raz, poziom po poziomie, perspektywa po perspektywie widzę
teraz wgrane programy i automatyczne zachowania, przez które zachowuję
się tak a nie inaczej. Choć wracam i przerabiam to wszystko od pięciu
lat wciąż mam wiele do przerobienia i to mnie czasami przeraża. Nawet
nie to, że to pochłania czas, chcę to robić dla siebie niezależnie od
tego, jak długo to zajmie, bardziej chodzi o obraz, który odkrywam. Im
więcej miesięcy zajmuje moja terapia tym bardziej widzę skrzywienie,
które się we mnie dokonało i czasami zastanawiam się czy w ogóle uda mi
się wrócić do TEJ Magdy. Czasami wychyla się troszeczkę i macha do mnie
nieśmiało, ale zaraz potem chowa się z powrotem, bo boi się zostać na
dłużej. A ja zaczynam się zastanawiać czy powinnam ją wyciągać na
zewnątrz...
Ostatnio dotarłam do punktu, który już
pojawiał się podczas tych paru lat, ale za każdym razem w innej
odsłonie. Tym razem również odsłonił nową twarz, dał mi swoją nazwę... I
to po raz kolejny ukazało mi się jak daleko od końca jestem. Totalnie
się tego nie spodziewałam, rozłożyło mnie na łopatki. Chodzi o niezdrowe
relacje z bliskimi oraz o potrzebę powrotu do tych relacji nawet jeśli
jest to nielogiczne i raniące. Wytresowano (inaczej nie mogę tego
nazwać) mnie tak jak byłam dzieckiem, a ja, nieświadomie, przeniosłam
to do swojego dorosłego życia . Pomimo tego, że ktoś mnie rani ja wciąż
wracam, pomimo tego, że zamiast wsparcia mam chamskie żarty i
oczekiwania - ja wciąż jestem obok, pomimo tego, że jestem potrzebna
tylko gdy coś mogę dać- ja utrzymuję znajomość za wszelką
cenę...Zrozumienie i zobaczenie tego jest co prawda krokiem milowym dla
mojego wewnętrznego uzdrowienia, ale jednocześnie rozrywa na kawałki i
wyciska łzy rozpaczy nad tymi wszystkimi latami w ciemności. I właśnie
ten ogrom krzywdy, który mi się odsłania z miesiąca na miesiąc wymusza
na mnie zastanowienie się czy na pewno dalej chcę kroczyć tą ścieżką,
czy nie lepiej będzie przerwać i żyć w błogiej nieświadomości? Wiem, że
już za późno, już nie mogłabym zrezygnować, nawet jeślibym chciała,
tylko czasem jestem tak zmęczona...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz